Dancing in the Moonlight
>>Tytuł: Egzorcyzmy
>>Napisane dnia: niedziela, 31 sierpnia 2008
>>O twórczej godzinie: 23:03:57
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Zupełnie bezwiednie, jakby wiedzeni instynktem, każde z osobna zamknęło oczy i dotknęło ciała Kaimnira. Kalima i Akar ujęli jego dłonie, Mishadee i Cyliea stopy, a Inesa położyła dłonie na skroniach czarodzieja.
"Poprowadzę was" - usłyszęli ponownie wezwanie elfki. Każde z osobna zapadło się w głębię siebie, powoli tracąc kontakt z otoczeniem, wyłączając kolejne zmysły. Potem zaczęli wyzwalać swoje moce, kierując je ku swoim dłoniom. Czuli tylko otaczające ich ciepło, nie byli świadomi blasku, błękitnego światła, które nagle otoczyło ich, wydobywając się z ciała Kaimnira, kiedy popłynęła ku niemu moc.
"Powoli... Jeśli którekolwiek z nas przerwie połączenie lub za bardzo otworzy się na wezwanie, wyprzemy nie tylko demona, ale też duszę Kaimnira."
Nieprawdopodobne skupienie zapanowało w ich umysłach. Czuli swoją wzajemną obecność, połączyli swe duchowe więzy, aż w końcu stali się jedną duchową istotą, kierowaną wolą Inesy. Otaczający ich blask wzmógł się.
"Teraz!"
Nagle blask przygasł, przytłumiony czymś wielkim, mrocznym, czymś, co nagle wydobyło z siebie okropny, przerażający wrzask. Cień, przypominający kłębiący się obłok dymu, nagle wyrwał się z piersi czarodzieja. Jego moc odepchnęła cała piątkę od ciała Kaimnira, przerywając drastycznie połączenie. Cień urósł jeszcze, przybierając coraz nowsze kształty, kłębiąc się i kotłując, wydając przy tym wrogie pomruki.
Pierwsza, z szoku, ocknęła się Inesa. Elfka chwiejnie wstała na nogi i z przerażeniem spojrzała na uwolnionego demona. Nie spodziewała się, że będzie on tak silny!
- To ty... - przemówił cień, zabłysła para czerwonych oczu. - Ty do mnie strzelałaś, przeklęta elfko! - Cień zbliżył się do Inesy, a ta, z rozpaczą dostrzegła, że zaczyna on przybierać coraz bardziej ludzki kształty.
- Odejdź precz. - Chciała krzyknąć elfka, ale tylko nikły szept wydobył się z jej ust. Mroczny elf wysysał każdą energię znajdującą sie wokół niego, sprawił nawet, że przygasły gwiazdy.
- Nie możesz mnie pokonać... - Syknął cień i Inesa spojrzała w twarz elfowi, potem dostrzegła jego demoniczny uśmiech. Z obłoku wychynęła czarna ręka i sięgnęła ku jej gardłu. Elfka sądziła, że cień rozproszy się, przy uderzeniu o jej ciało, lecz przeliczyła się. Poczuła lodowaty uścisk na krtani i ostre paznokcie wbijające się w jej tętnicę. Próbowała wykrztusić z siebie słowo, ale zamiast tego usłyszała tylko niezrozumiały bełkot.
- Duś się, duś - zasyczał elf. - Poczuj, jak to jest być na krawędzi śmierci... Nie chcesz umierać, jakże mocno to teraz czuję. Nie, nie dlatego, że nie dokończyłaś swego zadania. Boisz się, tchórzliwa elfko. Boisz się pustki, nie chcesz zniknąć, o nie... - Mroczny elf zaśmiał się dziko. - Ale nie martw się - nie pozwolę ci teraz umrzeć. Zawładnę tobą tak, jak zawładnąłem duszą tego marnego maga... słabego maga, gdyż jego ciało za krótko zdołało wytrzymać walkę dwóch dusz... - Oczy Inesy rozszerzyły się z przerażenia. To nie mogła być prawda, on...
- Tak, dusza tego nędznika już nie żyje. - Dopowiedział jej myśli elf. - Nie zdążyłaś z pomocą. Uwolniłaś tylko mą duszę z jego martwego ciała...
Inesa z rozpaczą spojrzała na swych towarzyszy - wszyscy byli nieprzytomni, leżeli wokół nieruchomego ciała Kaimnira, z rozłożonymi dziwnie kończynami, jak groteskowe szmaciane lalki.
- Akarze... Kalimo... - wyszeptała rozpaczliwie elfka.
- To bezcelowe. - Zaśmiał się elf. - Są nieprzytomni, oddali dla tego pokurcza tyle mocy, że długo nie będą mogli się wybudzić z letargu. - Elf - już całkowicie materialny - zatopił swe demoniczne, czerwone spojrzenie w oczach elfki, nagle dziwnie szklistych. Z triumfem zauważył, że Inesie drży szczęka, a z policzków spłynęły łzy.
- Wiesz... - zaczął elf. - Szkoda mi ciała tego pokurcza. Miał wielką moc, dzięki niej dobrze utrzymywał kondycję. Jakaż szkoda, że nie mogłem go posiąść na dłużej. Znałem jego uczucia, domyślam się twoich. Jakże zabawnie byłoby uwieść cię, a potem ranić ci serce...
- Nie jesteś zbyt pewny siebie? - przerwał im ktoś. Oboje odwrócili się.
Kaimnir stał w wodzie, nieco chwiejnie, na wpół nagi i ociekający wodą. Mroczny elf przez ułamek sekundy wydawał się być przerażony, ale nawet jeśli czuł strach, to szybko ukrył go za maską złośliwego uśmiechu.
- Więc jednak żyjesz? - Spytał z sarkazmem w głosie. - Przyznaję, nie spodziewałem się czegoś takiego po takim słabeuszu jak ty.
- Przestań gadać i puść Inesę. - Elf uniósł brwi.
- Niby dlaczego mam to zrobić? - Spytał. Tym razem to Kaimnir się uśmiechnął.
- W przeciwnym razie pożałujesz. Gorzko pożałujesz. - Odparł czarodziej. Mroczny elf zaśmiał się i wyszczerzył groźnie zęby.
- Ktoś, kto nie był w stanie wyrzucić moją duszę ze swojego ciała, nie będzie też w stanie mnie pokonać.
- Czyżby? Nie pokonałeś mnie przecież. Ciągle żyję, choć wydawało ci się, że wygrałeś. Puść elfkę. Nie będę więcej razy powtarzał. - Mroczny elf nie poddał się jednak jego rozkazowi. Ścisnął jeszcze mocniej szyję Inesy, aż jej twarz wyraźnie zbladła, a ust wydobyło się rozpaczliwe rzężenie. Kaimnir pokręcił głową z dezaprobatą i przygryzł wargę.
- Ostrzegałem.
Mroczny elf spodziewał sie jakiejś długiej inkantacji i przygotowań do miażdżącego zaklęcia maga, postanowił więc nie zostawiać mu na to czasu. Jedno machnięcie jego ręki sprawiło, że Inesa upadła na ziemię, duszona przez czarny pas cienia, a sam rzucił się na maga, tworząc nad dłonią cień i kształtując go w swój nieregularny miecz. Kaimnir jednak zaskoczył go, uderzając w niego błyskawicznie kulą ognia, którą elf w ostatniej chwili wchłonął ostrzem swej broni. Nie zdążył jeszcze dobrze wyrównać pędu po impecie pierwszego ataku maga, kiedy czarodziej uderzył ponownie, nie pozwalając przeciwnikowi nacierać, lecz spychając go coraz bardziej do tyłu.
- Chyba zapomniałeś, że moje ostrze wchłania ataki, a potem je wyrzuca. - Zaśmiał się demon i, nie czekając na odpowiedź czarodzieja, machnął mieczem. Ostrze zapłonęło i wystrzeliła z niego potężna kula ognia. Kaimnir stał jednak spokojnie, nie robiąc żadnego uniku, by uciec przed palącym atakiem. Kula już go dosięgała, kiedy on nagle wyciągnął przed siebie dłonie i... złapał ją. Szparki źrenic elfa na moment się rozszerzyły. Na moment tylko, bo potem ogarnął je ognisty atak. Krzycząc z bólu poparzeń demon zmienił się w czarną chmurę dymu.
- Jeszcze się spotkamy! - wykrzyknął, nim chmurę rozwiał wiatr. Świat wokół nagle nieznośnie pojaśniał, z cienia wyłoniły się najbliższe drzewa.
Kaimnir padł na kolana przy Inesie. Duszący ją cień znikł wraz z demonem, ale elfka nie otwierała oczu. Mag dostrzegł siny pas po cieniu, biegnący wokół jej szyi. Położył palce dłoni na zsiniałej skórze i wypuścił nań błękitne światło. Skóra powoli zaczęła przybierać naturalny kolor.
- Nic mi nie jest. - Wyszeptała elfka uśmiechając się. - Tylko odpoczywam. - Otworzyła oczy.
- Przepraszam, że musiałaś na mnie tyle czekać. - Powiedział mag, kładąc dłoń na jej policzku.
- Wiedziałam, że żyjesz. - Odparła Inesa i usiadła powoli. - Czułam twoją duszę, jej obecność... - zamilkła na chwilę. - Jak to się stało, że posiadłeś tak wielką moc? - Spytała. Kaimnir skwitował to krótkim uśmiechem.
- Kiedy jego dusza wtargnęła do mojego ciała i niemalże pokonała moją duszę, musiałem ukryć sie gdzieś we wnętrzu siebie tak, aby on myślał, że mnie zabił. Byłem przyczajony, rozpaczliwie próbowałem zrobić wszystko, aby mnie nie odnalazł. Doszedłem tak głęboko, że odnalazłem źródło mojej magii. A byłem tam wystarczająco długo, by zrozumieć to źródło i nauczyć się z niego w pełni czerpać.
- Podróż w głąb siebie... - Inesa zaśmiała się.
- Tak. - Potwierdził mag i zamyślił się. - Nie podziękowałem ci za ratunek. - Dodał po chwili.
- To nie tylko moja zasługa. Dziękuj im, bez nich niczego bym nie dokonała. - Odparła na jego słowa Inesa po czym wstała. - Teraz możesz im podziękować, pomagając mi zanieść ich do obozu. - Dodała.

komentarze [2]

>>Tytuł: Rytuał
>>Napisane dnia: niedziela, 8 czerwca 2008
>>O twórczej godzinie: 00:06:24
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Nie było dobrze i Inesa doskonale o tym wiedziała. Stan Kaimnira nie poprawił się ani o krztynę, gorączka podniosła się i czarodziej raz po raz rzucał się na boki, jakby z czymś wewnętrznie walczył. Elfka wiedziała, że był to ktoś i jeśli wkrótce nie pomoże, dla duszy Kaimnira będzie za późno.
Inesa czuwała więc, siedząc tuż za granicą spadających ciężkich kropel deszczu, opatulona w gruby pled, wpatrzona w dal, nasłuchująca, czujna.
Z każdą mijającą sekundą skupiała całą swoją świadomość na tym, by przez dłoń, którą położyła za rozpalonym czole czarodzieja, nieustannie przepływała enegria. By podtrzymywała bicie jego serca...
Nagle poczuła przepływający od stóp do umysłu impuls, o imponującej sile. Nie zdążyła jednak nawet odwrócić głowy, kiedy usłyszała zbliżające się kroki kilku par stóp. Ułamek sekundy później zza pobliskich skał zabłysła para oczu.
Inesa powstała, niepostrzeżenie chwytając za rękojeść jednego ze sztyletów przypiętego do jej pasa.
- Ineso, to ty? - usłyszała nagle znajomy głos.
- Ishnu-alah Akar - odpowiedziała elfka.
- Ishnu-dal dieb - odparł Akar zbliżając się do kręgu światła roztaczanego przez ognisko. Elfka kiwnęła głową.
- Kalima? - szepnęła znacząco przenosząc na chwilę spojrzenie z twarzy Akara na świetliste oczy. Czarodziej porozumiewawczo przymknął oczy.
- Co mamy z nią teraz zrobić? - spytał.
- Jeśli Diene Sanarie obudziło się tak nagle, równie nagle zaśnie. - Inesa uśmiechnęła się delikatnie. - Teraz jednak musimy pomóc młodemu czarodziejowi... - Akar natychmiast zauważył troskę na jej twarzy.
- Mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. - powiedział. - Ale nie martw się. Ja, Cyliea, Mishadee jesteśmy gotowi, kiedy tylko się zdecydujesz.
- I Kalima również. - Akar otworzył szeroko oczy.
- Jak to?
- Musi być nas piątka. - odparła elfka. - Zajmij się nim, muszę przygotować wszystko na jutro. - dodała po chwili. - Poproszę Cylieę, żeby oddaliła choć na chwilę deszcz. Mamy bardzo mało czasu, Akarze. Demon, który jest w ciele Kaimnira, wygrywa.

Nastał wieczór po następnym dniu. W sercach towarzyszy zagościł niepokój. Inesa już z rana zabrała słabego Kaimnira na grzbiecie Jagiewa, nikt nie wiedział gdzie, ani po co. Elfka powiedziała im tylko, że musi go przygotować, i, co ważniejsze, stworzyć miejsce. Jej słów nie zrozumiała większość kompanii. Tylko czarodziej, druidka i kapłanka pokiwały głowami na słowa Inesy i zajęli się przygotowaniem na wieczór. Kalima, jako jedyna z osób, która miała wziąść udział w wydarzeniu, nie miała pojęcia ani co ma robić, ani czego się po niej oczekuje. Rano obudziła się z ciężkim bólem głowy, pamiętając jedynie kilka mniej ważnych szczegółów z ucieczki kompanii przed Czarnym Magiem. Najbardziej niepokoił ją, ciągle powracający, obraz twarzy czarnowłosej elfki, towarzyszki Preshalla.
Wieczór w końcu nadszedł. Akar zebrał wyruszających na rytuał i każdemu z nich założył na szyję mały rubin na rzemieniu.
- To kamień wzmocnienia. Będzie was chronił, gdyby coś poszło nie tak... - wyjaśnił.
- A może pójść nie tak? - spytała Kalima ze zmartwionym wyrazem twarzy. Mag nie odpowiedział, nawet nie spojrzał na dziewczynkę.
- Chodźmy - rozproszyła ciszę Cyliea. - Już czas, widzę blask ponad lasem. - wskazała palcem na delikatną łunę, roztaczającą się nad drzewami.

Droga dłużyła się Kalimie. Prowadzący całą czwórkę Akar ciągle kluczył, nie zmierzając wprost do źródła blasku. W pewnej chwila poczuła, jakby przekroczyła cieńką, lodowatą warswę wody i przez jej ciało przebiegł dreszcz. Przeszli jeszcze kilka kroków i dziewczynka zobaczyła małe, błyszczące oczko wodne, idealnie okrągłe, otoczone świecącymi na błękitno kryształami, ustawionymi w określonych miejscach, tworzących jakąś pradawną sekwencję.
Kaimnir leżał w wodzie, półnagi, nieprzytomny. Inesa miała na sobie tylko lekką, lnianą sukienkę. Klęczała w wodzie i podtrzymywała głowę czarodzieja.
"Teraz podejdźcie. Niech każdy zajmie takie miejsce, byśmy stworzyli regularny kształt... Gwiazdę." każdy z osobna usłyszał telepatyczne wezwanie elfki. Nie decydowali, które gdzie usiądzie. Każdy wybrał jedno miejsce, wiedziony intuicją. Kalima usiadła po prawej stronie elfki, a po swojej prawej miała Mishadee. Akar usiadł po drugiej stronie Inesy, obok niego klęknęła Cyliea.

komentarze [3]

>>Tytuł: Przebudzenie
>>Napisane dnia: niedziela, 23 marca 2008
>>O twórczej godzinie: 22:35:47
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Kalima poczuła w nozdrzach ostry, znajomy zapach. Zapach ten nagle zaczął kojarzyć jej się z pewnym zdarzeniem z przeszłości, tak dalekiej, że... Ale czy na pewno aż tak dalekiej? W końcu... Ile to już czasu minęło, od kiedy podróżuję z Kaimnirem? Dziewczynka wytężyła myśli, jakby tamto pamiętne wydarzenie w lesie, kiedy ją odnalazł, było ostnute już wieloletnią przestrzenią czasu. Jak to się stało, że mogła tak szybko o tym zapomnieć?
Otworzyła oczy, powoli, przyzwyczajając się do zdrętwiałych kończyn, widoku kościanych strażników i więzów, które ciasno ją oplatały. Zauważyła, że reszta towarzyszy siedzi lub wpół leży tuż obok niej, ale wszyscy byli pogrążeni w śnie. Brakowało Kaimnira. I Inesy. A także Akara, ale... czuła jego obecność.
Podniosła wzrok w stronę ogniska - Akar siedział twarzą w jej stronę, przywiązany i mokry. Przed nim, tyłem do Kalimy, stał wysoki, czarnowłosy mężczyzna odziany w czerń, którego sylwetka wydała jej się dziwnie znajoma. Kolejny raz próbowała sobie przypomnieć jakieś dawne zdarzenie. I po raz kolejny odczuła niejasne wrażenie, że to wcale nie było dawno, tylko... ona to tak odczuwa.
Chwilę przypatrywała się jak czarny mężczyzna kłóci się o coś z Akarem. O to, że nie dażą się sympatią było widać od razu.
Naraz Kalima usłyszała ciche, wręcz niedosłyszalne stąpanie kopyt o suchą ziemię, a potem tuż koło niej przejechał stępem koń, niosący na grzbiecie jeźdźca. Znów poczuła ten znajomy zapach, tym razem o wiele silniej niż za pierwszym razem. Jeździec zsunął się w konia, Kalima poznała w blasku ogniska czarnowłosą elfkę, którą jej kompani poznali jeszcze kilka godzin temu. Elfka poruszała się dziwacznie, jakby jakaś inna siła poruszała jej nogami.
Kalima rzuciła okiem na dwóch mężczyzn. Czarnowłosy wydawał się w ogóle nie zajęty faktem, że ktoś przybył, ale na twarzy Akara widniało przerażenie i obrzydzenie. Elfka wyszeptała coś chrapliwie, ale Kalima nie dosłyszała co.
Dziewczynka znów rzuciła okiem na mężczyzn. I wtedy poznała czarnowłosego jegomościa.
Nagle, w świadomości zobaczyła wyraźny, ostry obraz - jej powrót z targowiska w Reyven, wraz z Inesą, spotkanie z bandytami, a potem... z nim. Preshallem.
Zapamiętała z tej sceny coś jeszcze - widok walki Inesy z rozbójnikami, a potem ten zapach...
Zapach krwi.
Mordowanie jej bliskich w rodzinnej wiosce... Rzeź nekotonów... Czarnowłosa elfka cała w krwi.
Zdziwiła się, że nie zaczęła krzyczeć. Po prostu nie mogła. Poczuła, że to wszystko już jej nie dotyczy. To już przeszłość. Teraz nie musi się bać, bo...
Różowy kryształ, dar od jej babci błysnął nagle na chwilę.
Oczy Kalimy przybrały barwę nieokreśloną, opalizującą.
Preshall, który właśnie wyjmował z ognia rozpalony do białości pręt, by użyć go na swym wrogu, znieruchomiał. Odwrócił się w stronę czarodzieja, rzucił ku niemu jakieś Akar najwyraźniej nie zrozumiał. Dziwny cień, jakby zaniepokojenia i wściekłości pojawił się na twarzy Czarnego Maga. Kalima wiedziała, że teraz w jego umyśle powstają pytania, na jakie nie potrafił odpowiedzieć, a które go niepokoiły. Kalima nie spuszczała z niego wzroku, nasycała się widokiem tego zwątpienia na twarzy człowieka, który zabił tylu niewinnych. Tak, była pewna, że ich zabił. To ich krew teraz czuła. To ich wola zemsty opanowała nagle jej serce, oplatając je czarnymi pędami z cierniami, które sprawiały, że czuła ich ból.
Czarne, bezdenne i zimne spojrzenie Preshalla nagle spoczęło na niej. Wydawał się być zaskoczony widząc, że jego spojrzenie zostało odwzajemnione. Kalima patrzyła na niego spod wpółzamkniętych powiek.
Czarny Mag patrzył na nią, wyraźnie zaciekawiony. Powoli, zrazu niepewnie, a potem coraz odważniej, podszedł do niej. Spojrzał na nią z góry, jej małość i niewinność wzbudziła w nich chyba poczucie pewności, bo uśmiechnął się szyderczo nie zwracając w ogóle uwagi na fakt, że dziewczynka wydawała się być w ogóle nie poruszona jego zachowaniem. Preshall kucnął przed nią i patrzył na nią zagadkowym wzrokiem. Kalima wiedziała, że zastanawia się, co powiedzieć, co zrobić...
- Widzę, że smarkula już sie obudziła - syknął ironicznie Preshall. - Nie wiesz, że małe dziewuchy, jak ty, powinny długo spać, żeby potem mieć siłę puszczać się i rodzić rzesze bahorów dla spijaczonych mężów? - Czarny Mag zdawał się być zadowolony ze swych słów. Kalima nie odpowiedziała. Zamiast tego otworzyła całkiem oczy. I przeszyła go spojrzeniem.
Preshall cofnął się jak oparzony, próbując zasłonić twarz rękami. Było już jednak za późno. Kalima właśnie wpływała do jego umysłu, oplatała ostrymi cierniami jego zepsute serce. Preshall krzyczał. Wszystko utonęło we mgle...

Mały, czarnowłosy i okrutnie chudy chłopiec siedział na drewnianych schodach wiejskiego domostwa. Tuż obok, z pobliskiej dobudówki dobiegał dźwięk kucia. Wielka, zardzewiała podkowa wisząca nad wejściem do owej dobudówki mówiła sama za siebie - był to dom kowala.
Chłopiec siedział samotnie, nie zwracając najmniejszej uwagi na przejeżdżających obok konno lub wozami, lub też na przechodzących pieszo, ludzi. Teraz zajęty był czymś zupełnie innym - po drewnianych schodach przesuwał się powoli duży ślimak winniczek. Chłopiec ze złośliwym uśmiechem wskazywał na niego swoim umorusanym palcem i co chwila zaciskał powieki, jakby się na czymś skupiał. Nagle ślimak drgnął, znieruchomiał, a jego czułki zaczęły się nienaturalnie wydłużać... Potem cały ślimak zaczął się wydłużać, jakby coś go rozciągało. Chłopiec z szatańską uciechą wpatrywał się w nieme cierpienie mięczaka. Chwilę później na schodach pozostały tylko porozrywane bebechy ślimaka...

- Nie, tatku, nie! Nie bij, nie! - darł się w niebogłosy chłopiec. Mężczyzna potężnej postury, z grubymi, stalowymi ramionami, ale nieco wydatnym brzuchem, łysawy i bez kilku zębów, bił niemiłosiernie potężną ręką gołą pupę malca wśród wtórowania jego krzyków i łez.
- Jeszcze raz zobaczę, jak robisz to! Jeszcze raz dowiem się, jak krzywdzisz koty i psy! Jeszcze raz przyjdzie to mnie jakaś matka, bo skrzywdziłeś jej dziecko! - krzyczał mężczyzna, a niemalże każde jego słowo było wbijane do głowy chłopca ręcznie.
- Nie, tatku, to nie ja, przysięgam! - wrzeszczał chłopiec.
- I jeszcze raz będziesz kłamał, bękarcie jeden! Następnym razem przygotuj się na pas na twoją słabiznę, smarkaczu ty! Cholera by cię jedna wzięła!
- Tatku, tatku... - kwilił malec.

Ten sam chłopiec, już jako młodzieniec. Stał odziany w czarny płaszcz przed tym samym domostwem. Gromkie kucie dalej dobiegało z wnętrza dobudówki. W czarnych oczach młodzieńca błysnął jakiś straszny impuls, a twarz skurczyła się.
- Nie daruję ci...
... Mężczyzna leżał rozłożony, z rozpostartymi rękami, na podłodze, zakrwawiony, posiniaczony.
- Dziecko... - zarzęził. - Jakże tak, na ojca? Toć... któżże zrobił z ciebie potwora?
- Nigdy więcej potworów, bekartów, imbecyli, debili, szatańskich pomiotów! Nigdy więcej! - twarz młodzieńca pełna była szaleńczej pasji.
Chwilę później na podłodze leżał już zimny trup.

Tak, to wtedy zacząłeś zabijać...

Wszystko wokół zaczęło powoli sie wyostrzać. Kalima zamrugała kilkakrotnie oczami. Preshall leżał na ziemi, drżąc konwulsyjnie, drąc butami trawą, i zaciskając pięści na nicości. Patrzył pustym spojrzeniem w niebo.
O dziwo, czarnowłosa elfka nie pobiegła do niego z pomocą. Patrzyła na jego cierpienie, jakby nim się syciła. Potem, na krótką chwilę spojrzała na Kalimę i uśmiechnęła się, jakby była zadowolona.
Dziewczynka wstała. Sama nie wiedziała, kiedy więzy ustąpiły. Podeszła do każdego z towarzyszy pokolei i dotknięciem palca zrzucała z nich powrozy i wybudzała ich ze snu. Na końcu podeszła do Akara. Długo spoglądała w jego oczy, niepewna, czy to, co zamierza, należy czynić.
- Nie spodziewałam się tego po tobie. - powiedziała tylko krótko, ale uwolniła go. Akar patrzył na nią z niemym bólem. Wiedział, o czym mówiła.
Chwilę potem drużyna, na swoich wierzchowcach i ze znalezionymi jukami ruszyła w poszukiwaniu Inesy.
Nie gonił ich nikt. Szkielety rozsypały sie w proch.
Tylko raz Kalima odwróciła się, by spojrzeć na oddalający się jasny punkt ogniska.

komentarze [7]

>>Tytuł: Witaj, dawny przyjacielu...
>>Napisane dnia: niedziela, 9 marca 2008
>>O twórczej godzinie: 14:34:26
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Jagiew pędził chyżo, stłumiony stukot jego kształtnych racic o suche, leśne listwoie był jedynym odgłosem zdradzającym jego ruch. Zwierzę parowało od wysiłku, ale biegło wytrwale, popędzane siłą woli Inesy. Kozica sapała cicho, cwałując o wiele szybciej niż najchyższy ludzki wierzchowiec, przeskakując zwinnie ze skały na skałę, w górę, gubiąc pościg. Ich ucieczka trwała kilka godzin, Inesa wiele razy zmieniała kierunek, ale zatrzymała się dopiero wtedy, kiedy swąd śmierci pozostał daleko za nimi. Zeskoczyła z Jagiewa, sprawdziła, czy Kaimnir jest mocno przymocowany do jego grzbietu i razem ruszyli spokojnym tępem w poszukiwaniu schronienia. Ukryta od słońca i deszczu, przykryta kotarą zeschniętego bluszczu wnęka skalna wydała się być idealna. Po kilku przygotowaniach i zabezpieczeniach elfka w końcu zdecydowała się rozbić mały obóz.
Na wschodzie już szarzało, a nad ogniskiem grzała się gęsta polewka, kiedy ciszę rozproszył szum spadających kropel deszczu. Kaimnir leżał w gorączce pod kilkoma kocami, drżąc jak w febrze. Był mocno wyziębiony. Inesa z cichymi, melodycznymi słowami na ustach, przygotowywała w kociołku jakiś specyfik, wrzucając do niego co chwilę nowy składnik ze swego podróżnego wora. Dziękowała losowi, że udało jej się odnależć i ukryć większość juków i broni jej towarzyszy, a przede wszystkim zabrać swóje rzeczy, nim uciekła z Kamnirem z wymierającej w zastraszającym tempie osady nekotonów. Elfka wzdrygnęła się na myśl o tym, że ktoś w tak potworny sposób zniszczył jedną z ostatnich ostoi nekotonów. Ktoś, gdyż była pewna, że szkielety leśnym zwierząt musiały być przez kogoś kierowane, czuła, że wróg jest bliżej niż przypuszczała ona, Akar i cała reszta towarzyszy...

Akar obudziła wilgoć i niemożność złapania oddechu. Zimne strumienie wody, spływające z jego głowy i barków, powoli otrzeźwiły jego umysł. Otworzył ostrożnie oczy. To, co zobaczył i słowa, które usłyszał, wyprowadziły go z równowagi.
-Witaj, zdrajco... Tak długo cię szukałem, że aż się stęskniłem - powiedział Preshall, a szaleńcze ogniki błyskały w jego czarnym spojrzeniu. Czarodziej czuł, że cokolwiek zrobi czarny mag wykorzysta każdy pretekst, by ulżyć swojej krwawej naturze.
Już na Akademii Magii, w Reyven, Akar i Preshall stali się rywalami. Na nieszczęście nie tylko w sferze nauki, ale też poszerzania swych zdolności. Preblem polegał na tym, że Akar, jako wzorowy i zdolny student, zdobywca wielu nagród był przez profesorów lubiany i podziwiany, podczas gdy, nie mniej od niego zdolny, ale leniwy i pyszałkowaty Preshall uchodził za zakałe Akademii, ze względu na swe czarnoksięskie zapędy i przemoc, której w Reyven nie tolerowano. Kiedy Akar piął się w góre po szczeblach zasług, Preshall w tajemnicy zgłębiał tajemną mroczną wiedzę i coraz bardziej opanowywał jej tajniki. Na każdych wykładach i zajęciach obaj wzajemnie negowali swoje twierdzenia i hipotezy. Ich konfrontacje nie raz przeradzały się w zażarte kłótnie i rzucanie rękawic, ale spokojniejszy Akar prawie zawsze łagodził waśnie, nie zgadzając się na zakazane pojedynki. Nie wiadomo jednak, czy miał na uwadze dobro swojego autorytetu, czy też bał się walki ze swym wrogiem.
W końcu oboje ukończyli Akademię. Akar, jako uczeń wybitny, został od razu przyjęty na dwór króla, o Preshallu zaś słuch zaginął na wiele długich lat, dopóki wieść o jego wielkiej mocy i zdolnościach nie dotarła do władcy i nie najął on Czarnego Maga na doradcę i osobistego szpiega po tym, jak w królestwie rozeszła się wieść o zdradzie Akara...

- Ach witaj, stary przyjacielu - odparł z ironią Akar. W odpowiedzi poczuł ostry ból towarzyszący kopnięciu w brzuch. Mag zakrztusił się śliną pomieszaną z krwią i skulił z bólu.
- Radzę ci nie udawać lepszego, tutaj nie ma Akademii i grona wielbiących cię profesorów, Akar, tutaj jest życie. - powiedział Czarny Mag. - Teraz nie ma tu nikogo, kto mógłby cię obronić. Jesteś zdany na siebie, a raczej... na mnie. - uśmiechnął się Preshall.
- Czego chcesz? - wykrztusił Akar.
- Nie ma niczego, co mógłbyś mi dać. - odparł czarnooki. - Wszystko, co chciałem zdobyć, już mam - szacunek króla, bojaźń maluczkich, pieniądze, sławę... Została mi tylko jedna, mała rzecz... - Preshall zamilkł na chwilę. - Odegrać się na, rzekomo najzdolniejszym, uczniu Akaremii Magii w Reyven.
- Sam przed chwilą powiedziałeś, że to nie Akademia, że...
- Owszem, tak powiedziałem. To nie Akademia, teraz nie możesz zasłaniać się za ścianą profesorów i przyjaciół. Sprawię, byś poczuł, czym dla mnie były te lata niedocenienia i ignorancji.
- Łatwo będzie pastwić się na kimś, kto jest związany. Każdy to potrafi...
- Milcz! - krzyknął Preshall. Kolejne uderzenie, tym razem w szczęke i mroczki przed oczami. Akar nie dał za wygraną.
- Tym razem ja ciebie wyzywam na pojedynek. Chcesz się przekonać kto naprawdę zasłużył na szacunek? Śmiało, rozwiąż mnie, sprawdżmy.
- Nie, nie będziesz mnie uczył co mam robić, zdrajco! - wycedził między żebami Preshall. - Nie będę pojedynkował się z kimś takim jak ty. Nie będę się poniżał do twojego poziomu Akar. Moim zadaniem było jedynie ciebie schwytać, ale nikt nie powiedział w jakim stanie mam ciebie dowieźć do Reyven, więc lepiej licz się ze słowami, bo możesz wkrótce nie rozróżniać swojej stopy od dłoni. - Akar zamilkł przyglądając się, jak Czarny Mag szybko dyszy, po czym wstaje i odchodzi gdzieś w cień. Mag przykmnął zmęczone oczy ważąc w myślach swoją beznadziejną sytuację. Reszta towarzyszy była spętana i pogrążona w śnie, a przede wszystkim pilnowana przez grupę trupów. Nie dostrzegł jednak wśród towarzyszy Inesy i Kamnira i odetchnął z ulgą. Może jednak była jeszcze jakaś nadzieja?
- Nie liczyłbym na tą elfią dziwkę i twojego przygłupawego przyjaciela, Akar - zgadł jego myśli nadchodzący Preshall. - Już są ścigani, poza tym uciekali szybko. Widzisz, jak to jest, kiedy ktoś cię zdradza?
- Nikogo nie zdradziłem. - Preshall prychnął pogadliwie.
- Nawet mi się nie tłumacz, nie zamierzam słuchać twoich bredni. Człowiek niewinny nie ukrywa się tak skrupulatnie przed pościgiem. Chętnie posłucham gdzie też byłeś nim nabiorę ochoty na... małe przypalanie? Może. Słucham.
- Nie mam ci niczego do powiedzenia, Preshall. Gardzę takimi ludźmi jak ty. - Czarny Mag uśmiechnął się krzywo.
- Cóż, mogłeś przesunąć nieco w czasie cierpienie, ale jeśli nie chcesz, trudno.
Nagle z daleka dobiegł ich tętent kopyt, serce Akara zabiło żywiej, ale w mig ucichło, kiedy objęcia światła ogniska wpadła czarnowłosa elfka, ta sama, która była zamknięta z Inesą, ale... Czy na pewno ta sama?
Illien zeskoczyła z wierzchowca i stanęła przodem ku nim, ale tyłem ku światłu, przez co obaj nie mogli zobaczyć jej twarzy. W obu dłoniach trzymała długie sztylety. Mokre, spływało z nich coś gęstego. Po chwili Akar zdał sobie sprawę z tego, że z jej całego ciała spływa ta sama gęsta ciecz. Wzdrygnął się - to była krew. Illien podniosła lekko głowę, obaj zobaczyli jej płonące czerwienią oczy. Dyszała głośno.
- Zew krwi - powiedziała zmienionym, charczącym głosem. - Zew demonów...

komentarze [1]

>>Tytuł: Pogoń wykonała zadanie
>>Napisane dnia: piątek, 15 lutego 2008
>>O twórczej godzinie: 15:12:01
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Zgromadzenie nekotonów stało przed klatkami więźniów, lustrując każdego z nich od stóp do głów, nienawistnym spojrzeniem. Nagle przed gromadę wyszedł jej wódz, odwrócił się do swego ludu i wskazał palcem zakończonym ostrym pazurem na strażniczkę, która pilnowała więźniów i rozmawiała z Inesą. Ta podeszła do niego, skłoniła się przed nim prawie do pasa, nie śmiąc patrzeć w twarz swego pana. Wódz powiedział coś do niej, ale uwięzieni towarzysze nie byli w stanie dosłyszeć jego słów, ale wszyscy dostrzegli, że strażniczka kiwa posłusznie głową, podnosi głowę, by po chwili podejść do Inesy. Obie zaczęły rozmawiać, całe zgromadzenie przysłuchiwało się tej konwersacji, wszyscy oczekiwali w napięciu na jej wynik. W końcu, po kilku minutach zażartej dyskusji elfka i samica kiwnęły ku sobie w porozumieniu głowami, a strażniczka odeszła na bok porozmawiać z wodzem. Nie wiadomo ile trwałaby ich rozmowa, gdyby nagle na obóz spadło zupełnie niespodziewane nieszczęście.
Najpierw wokół wioski rozległy się dalekie i bliskie, ale szybko zbliżające się wycia, piski, zawodzenia i jęki. Większość nekotonów nagle zbiła się w grupę, tuląc się do siebie i spoglądając lękliwe wokół siebie. Odważniejsi spojrzeli nienawistkie na więźniów i ruszyli w ich stronę, potrząsając groźnie dzidami i warcząc coś niewyraźnie.
- Co się dzieje? - spytała lękliwie Kalima, ukrywając się w ramionach Manolina, który nie wyglądał na mniej przestraszonego od niej, ale bohatersko okrył ją własnym ciałem. Inesa wstała i wbiła wzrok w zbliżających się wojowników i wojowniczek.
- Zbliża się śmierć, dlatego tak się boją - powiedziała. - Śmierć to jedyna rzecz, która naprawdę ich przeraża. Uważają, że to my ją na nich spuściliśmy. - Illien zaśmiała się diabolicznie.
- Nie wiem jak wy, ale ja pryskam - powiedziała uśmiechając się złośliwie do elfki po czym z łatwością wypchnęła jeden z drewnianych szczebli tworzący ich klatkę i zwinnie przecisnęła się pomiędzy nimi i zniknęła w gęstwinie lasu.
- Jak ona to zrobiła? - spytał Akar. W odpowiedzi dostał tylko przeczący ruch głowy elfki.
Nagle, kiedy wydawało się, że za chwilę rozwścieczeni wojownicy dotrą do ich więzień i rozerwą ich na kawałki, przed klatkami pojawiły się białe postacie i otoczyły je. Wszystkie oczy otworzyły sie szeroko ze zdziwienia i przerażenia, kiedy nagle zdali sobie sprawę z tego, kto się pojawił. Kalima zakryła twarz w odruchu strachu. Cyliea zamknęła oczy, Mishadee zmarszczyła brwi, Akar powstał, a Rowes machinalnie sięgnął do pasa po miecz, który został mu zabrany przez nekotonów. Ciasnym, szczelnym pierścieniem, od rozwścieczonych nekotonó rozdzielały ich... szkielety...
Od razu do nozdrzy wszystkich, którzy byli dość blisko, doszedł mdlący smród rozkładającego się ciała. Między na wpół rozłożonymi częściami mięsa błyszczały ponuro białe kości. Nie były to trupy ludzi, lecz zwierząt.
- Kto mógłby poważyć się na coś tak nieludzkiego? - wydyszała w końcu Cyliea, krótko przed tym, jak nekotońscy strażnicy stanęli raptownie przed trupim pierścieniem by po chwili rozbiec się z krzykiem.
Całą wioska wypełniła się zawodzeniami. Na oczach więźniów szkielety rozszarpywały, rozgryzały, raniły i zabijały każdego napotkanego żywego osobnika. Wszystko nagle stało się chaosem, a cała kompania mogła tylko bezradnie patrzeć na tą rzeź...
- To jedno z ostatnich plemion nekotonów... - szepnęła Inesa smutno, ale na jej twarzy pojawiła się determinacja.
- Dlaczego nas nie atakują? - zapytał Rowes.
- Sądzę, że ktoś nimi kieruje. Nawet wiem kto, skoro ta czarnowłosa elfka uciekła... - odparł Akar chwytając szczeble klatki i ściskąjąc je mocno, jakby chciał rozkruszyć je siłą swojego gniewu.
- Co teraz będzie? - zapytał nieśmiało i cicho Manolin, który bezskutecznie próbował uspokoić drżącą w jego ramionach Kalimę.
- Muszę iść... - powiedziała nagle Inesa, a jej wypowiedź wzbudziła wśród wszystkich zaskoczenie. Elfka spojrzałą na wszystkich.
- Kaimnir jest w niebezpieczeństwie. Jeśli szybko czegoś nie zrobię, zabiją go. - dodała po chwili milczenia i, nie czekając na reakcję towarzyszy, wyślizgnęła się z klatki w miejscu, którędy uciekła Illien.
- Ineso! - krzyknęła nagle Kalima, kiedy elfka już miała zamiar ruszyć w stronę pierwszych chat.
- Słucham, Kalimo? - spytała złotowłosa odwracając się w jej stronę.
- Wrócisz, prawda? - elfka w odpowiedzi tylko uśmiechnęła się i pobiegła.

Po pewnym czasie, nie wiadomo jednak jak długim, bo każdy z więźniów stracił rachubę czasu, nad osadą zapanowała cisza tak przenikliwa, że każdy z towarzyszy słyszał bicie swojego serca. Nikt nie wiedział, czy ktokolwiek w wiosce przeżył, ani czy udało się uciec przed trupami Inesie i Kaimnirowi. Teraz każdy z osobna zastanawiał się, co ich czeka.
Nagle, nie wiadomo skąd, tuż przed nimi pojawił się cały oddział trupów. Ich puste oczodoły ziały ciemnością, ale wszyscy byli pewni, że są wpatrzeni w więźniów. Nim ktokolwiek zdołał wykonać jakikolwiek ruch, otoczyła ich szara, dusząca mgła. Każdy próbował rozpaczlwie złapać choć jeden chaust powietrza, krztusząc i dusząc się przy tym...

Tymczasem kilka metrów od pustej wioski coś szybko przeknęło na chyżej kozicy. Inesa po raz ostatni odwróciła się w stronę obozu, po czym kliknęła językiem, i Jagiew ruszył w znaną im tylko stronę. Kaimnir leżał nieprzytomny przewieszony przez grzbiet kozicy.



komentarze [1]

>>Tytuł: Uwięzieni
>>Napisane dnia: niedziela, 27 stycznia 2008
>>O twórczej godzinie: 12:05:00
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Najpierw zaczęła słyszeć jakieś niewyraźne głosy, dziwnie pomrukujące i zniekształcone. Dopiero po kilku dobrych minutach była w stanie rozróżnic głosy różnych osób, ale za nic nie potrafiła zrozumieć ich znczenia. Przez dłuższy czas czuła, że nie potrafi podnieść powiek, że są za ciężkie, nie mówiąc już o reszcie kończyn. Kiedy w końcu otępiający ból głowy zelżał na tyle, by mogła o czymkolwiek pomyśleć powoli otworzyła oczy. Oślepiająca jasność i zamazane kształty ukazały się tuż przed nią. Zamrugała kilka razy, obraz zaczął się wyostrzać i ściemniać do naturalności.
Poruszyła się nieznacznie, bo coś hamowało jej ruchy, ale nie zdawała sobie jeszcze sprawy z tego, co to jest. Rozejrzała się wokół siebie otępiała i zdziwiona jak małe dziecko, jakby nie do końca wiedziała co wokół siebie widzi i słyszy. Chwilę potem przyszło zrozumienie.
Byli uwięzieni.
Kalima patrzyła uważnie na dziwny obóz otoczony kamiennym murem, za którym rozciągał się ciemny las. Wokół widziała kilka solidnie zbudowanych szałasów, a naprzeciwko siebie jakiś większy budynek, wyraźnie lepiej zrobiony i zadbany. Gdzieniegdzie paliły się małe ogniska, nad którymi parowały jakieś potrawy, przed szałasami stały porzucone skóry i naczynia ale Kalima nie zauważyła jakichkolwiek mieszkańców tego dziwnego obozu. Wiedziała jednak jedno - siedziała ze związanymi rękami w drewnianej klatce wraz z Manolinem, który też zdawał się nie do końca rozumieć ich sytuacji. Obok nich, w dalszych zamknięciach siedzieli inni towarzysze w tym także nieznana Kalimie ciemnowłosa elfka, która dzieliła swoje więzienie z Inesą.
- Dobrze się czujesz? - spytał Manolin powoli przysuwając się do dziewczynki.
- Tak - Kalima kiwnęła głową. - Długo byłam nieprzytomna?
- Niewiele dłużej ode mnie. - odparł chłopiec.
- Co teraz z nami będzie? - spytała dziewczynka patrząc w stronę innych klatek. Dopiero teraz zauważyła, że brakuje wśród innych Kaimnira. - Gdzie jest Kaimnir? - Manolin zrobił sceptyczną minę.
- Zabrali go chwilę przed tym, jak się obudziłaś. - powiedział.
- Zabrali? Kto?
- Koty...
W tym momencie tuż przed ich klatką pojawił się... kot, jak to określił Manolin. Była to wysoka, dwunożna postać odziana w skóry i pancerze, z długimi, mocno związanymi, ciemnymi włosami i z włócznią w ręku. Postać owa miała na czubku głowy parę dużych, kocich uszy, po ziemi ciągał się jej puszysty, pręgowany ogon, z policzków wyrastało kilka par długich wąsów, a oczy, koloru złotego, miały wąskie, kocie źrenice.
Kalima krzyknęła przerażona - nigdy w życiu nie widziała kogoś tak dziwnego. Sądząc po kształtach owej postaci była to samica. Mówiła coś pretensjonalnym głosem, słowami, których nie rozumieli, a które wydawały im się być czymś pomiędzy pomrukami i warknięciami. Samica potrząsała groźnie włócznią. Kalima z przerażeniem stwierdziła, że jej palce zakończone są zakrzywionymi, szarymi pazurami i była pewna, że kocica nie zawaha się ich użyć przeciwko nim.
Nagle oboje usłyszeli podobny głos, ale czyjś inny. Samica odwróciła się w stronę jednej z klatek i cała trójka zobaczyłą, że to Inesa przemawia do kocicy, jakby chciała ją uspokoić lub coś jej wytłumaczyć. Samica podeszła do niej i zaczęły rozmawiać. Kocica przez długi czas słuchała w milczeniu słów Inesy. Wszyscy współtowarzysze elfki w wielkim skupieniu śledzili każdy ruch i gest rozmawiających, czekając, co się wydarzy. Nagle kocia samica rzuciła jakiś cichy pomruk do Inesy i oddaliła się.
- Co się dzieje? - spytał Rowes. Inesa odwróciła się w stronę kompanów.
- Weszliśmy na ich teren, dlatego nas uwięzili. - odparła.
- Ale kim oni są? - rzucił Manolin rozglądając się, czy nikt ich nie podsłuchuje. Elfka westchnęła.
- To nekotoni, Koci Lud. - powiedziała. - Zapomniany zresztą. Sądziłam, że od dawna nie ma ich już w tych rejonach, ich ziemie zaczynają się przecież kilkanaście mil na północ... Być może przenieśli się tutaj, lub jest to tylko jeden z ich odrębnych szczepów... Albo zboczyliśmy ze szlaku, kiedy uciekaliśmy przed pogonią...
- Co zamierzają? - spytał Rowes.
- Rozmawiałam z tą strażniczką. Powiedziała, że nie mogą nas wypuścić, dopóki nie dowiedzą się jaki jest nasz prawdziwy powód wkroczenia na ich ziemie. Nekotoni są bardzo terytorialni, wystarczy, że niznacznie przekroczy się ich granicę, a gotowi są uważać tego, który wtargnął, za najeźdźcę. Mamy duże szczęście, że nas nie zabili.
Powiedziałam jej, że udajemy się do Wrót Żywiołów, aby uzdrowić chorego maga, ale ta strażniczka wyczuła, że nie mówię całej prawdy.
- A gdzie jest Kaimnir? - zapytała Kalima.
- Spokojnie, nic mu nie jest. - uspokoiła ją Inesa. - Zabrali go do ich szamana. Wyczuli, że w jego duszy kryje się wielkie zło i boją się, że może ono im zagrozić.
- A co będzie z nami? - rzuciła Mistshadee.
- Tego nie wiem. - odparła elfka. - Strażniczka nie odpowiedziała mi na to pytanie. Kazała nam czekać i poszła do ich przywódcy. Prawdopodobnie dzisiaj rozstrzygną o naszym losie. Wieczorem mają zamiar przeprowadzić naradę. Módlcie się do bogów, aby nie zdecydowali się nas zabić... - twarze towarzyszy oblekł cień strachu, a Kalima nagle wtuliła się w ramiona Manolina.
- Dlaczego by tak nie użyć magii? - spytał Rowes. Tym razem westchnął Akar.
- Ten lud jest odporny na magię. Jakąkolwiek. W ich otoczeniu nie można nawet rzucić żadnego zaklecia. Nie wiem na czym polega ich fenomen, ale każdy mag - Magii Światła czy Cienia - po prostu traci przy nich moc. Jesteśmy bezsilni. - zapadło milczenie.
- Ineso? - odezwała się chwilę później Kalima. - Kim jest ta elfka, za toba?
- Jedna z tych, którzy nas ścigali - odparła złotowłosa. - Walczyłam z nią, kiedy spadły na nas ich sieci.
- O właśnie - odezwał się Rowes. - Bardzo jestem ciekaw kim ona jest. Może się tak przedstawisz, skoro już dzielisz z nami tą niewolę? - Ciemnowłosa elfka milczała chwilę, ukrywając twarz w cieniu kaptura. Po chwili jednak podniosła wzrok na siedzącą naprzeciwko niej elfkę.
- Nazywam się Illien - powiedziała przeszywajac swym intensywnym, niebieskim spojrzeniem złoto-szare oczy Inesy. - I mam nadzieję, że wam to wystarczy.
- Niekoniecznie. Skąd się tu wzięłaś? Dlaczego nas ścigasz? - spytał Akar, a w jego oczach dało się zobaczyć błyszczące ogniki wściekłości. Illien uśmiechnęła się na chwilę ukazując rząd białych zębów.
- Podróżuję, imając się różnych zajęć. Ścigam was od niedawna, powiedzmy, że nie mam do was niczego. Robię to dla korzyści osobistych. Można powiedzieć, że ktoś mnie najął.
- Kto? - zapytał mag.
- Myślisz, że ci powiem? Gdybym nawet znała go na tyle dobrze, by móc ci o nim więcej powiedzieć, nie licz, że z chęcią bym ci o nim opowiedziała. Nie jestem jedną z tym, która zdradza pod wpływem presji. Nie bój się, zapewnie nie długo sam go poznasz. Wiem, że tu podąża. Czuję go. - Ciemnowłosa elfka pociągnęła nagle głośno powietrze. - Tak, jego zapach unosi się w powietrzu. Niemal słyszę bicie jego serca... - oblizała wargi. Cała kompania oglądała tę scenę z mieszanymi uczuciami. Tylko Inesa z poważnym wyrazem twarzy słuchała uważnie każdego jej słowa i bacznie przyglądała się każdemu jej gestowi.
- Jesteś półelfką, prawda? - spytała znienacka. Illien wydała się nie być zdziwiona jej pytaniem.
- Owszem. - odparła. - Jestem półelfką, ale co do mojej drugiej połowy nie masz nawet pojęcia. - dodała uśmiechając się diabolicznie.
- Sama zrezygnowałaś z jednej połowy, prawda? - spytała znów Inesa. Ciemnowłosa przytaknęła powoli.
- Otrzymałam w zamian wielki dar... - syknęła.

Godzinę, może później po tej rozmowie, kiedy ciemność zaległa nad światem, a większość towarzyszy skuliła się we śnie w wiosce nagle dało się słyszeć donośne granie bębnów. Wszyscy nagle zerwali się ze snu. Wszyscy mieszkańcy wioski właśnie zbliżali się do klatek więźniów, z pochodniami w rękach, które oświetlały im drogę. Na czele stał ubrany w barwione skóry, kolorowe pióra i paciorki rosły samiec, będąby najpewniej wodzem. W ręce miał długą, ozdabianą kamieniami, drewnianą laskę. Obok niego podążał ubrany na czarno kolejny samiec, w którym wszyscy poznali szamana. Za nimi szło kilkadziesiąt samic, samców i ich dzieci, wszyscy byli ubrani podobnie do strażniczki. Tuż przed klatkami całe zgromadzenie nagle stanęło. Wyrazy ich kocich twarzy nie wróżyły nic dobrego. W rozszerzonych, czarnych źrenicach odbijały się płomienie pochodni...


komentarze [3]

>>Tytuł: Przegrana
>>Napisane dnia: niedziela, 13 stycznia 2008
>>O twórczej godzinie: 11:05:08
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Inesa zręcznie prowadziła cała grupę przyjaciół w bezpieczne miejsce, umiejętnie unikając miejsc, gdzie mogliby zostawić za sobą za dużo śladów, które i tak zacierał Rowes, idący na samym końcu. Nikt nie wiedział, co dzieje się z Akarem, wszystkie serca biły ze zdwojoną szybkością, wszyscy nie byli pewni tego, czy przeżyją, czy uda im się uciec.
Największy niepokój zagościł jednak w sercu Inesy, która podświadomie wiedziała, że pościg, to nie wszystko, że nie są sami, a przede wszystkim, że są śledzeni. Jak jeszcze nigdy przedtem, czuła się dziwnie niepewna w lesie, który był przecież jej ojczyzną. Za wszelką cenę chciała uchronić wszystkich, którzy za nią podążali, nawet, jeśli w rachubę miało wejść narażenie jej własnego życia.
Wiedziała, dokąd muszą iść, aby mogła ich uchronić. Czuła jednak, że powinna zrobić coś innego, że nie może ich teraz prowadzić, w przeciwnym razem wysiłki jej, Akara, Kaimnira i wszystkich, aby ukryć Kalimę, pójdą na marne. Zew...
"Nie, tylko nie on..." pomyślała, nagle chwytając się za głowę. Zatrzymała pochód, odwróciłą się do towarzyszy i powiedziała.
- Idźcie dalej na południe. Kiedy dotrzecie do rzeki przejdźcie ją, jest tam bród, ćwierć mili na zachód. Dalej idźcie wzdłuż klifu, aż natraficie na jaskinię. Tam się skryjcie i czekajcie na Akara.
- A co z tobą? - spytała zaniepokojona Cyliea, która w jednej chwili zauważyła dziwny blask w oczach elfki.
- Muszę iść i pomóc Akarowi. Tak czuję. Nie pytajcie o więcej, proszę. Nie ma czasu do stracenia - odparła Inesa, po czym, nie zważając na protesty towarzyszy, puściła się pędem przed knieję, w stronę ich dawnego obozu.

Szli w milczeniu, tym razem przewodził im Rowes. Nikt nie potrafił wydusić z siebie choćby jednego słowa pocieszenia. Zatopieni we własnych myślach nie zauważyli nawet, że świat wokół zaczyna ciemnieć, że drzewa i krzewy zatapiając się jakby w mrocznym dymie, a słońce dziwnie ściemniało. Tylko niespokojne rżenie koni, przestraszonych tym, co działo się wokół, świadczyło o tym, że nie była to iluzja.
Naraz, nie wiadomo skąd, na całą grupę towarzyszy spadły cieżkie, rzemienne sieci, które w kilka chwil unieruchomiły przyjaciół, wraz z ich koniami. Szalona szamotanina, krzyki i próby przeciecia lub przepalenia powrozów spełzły na niczym.
Po chwili wszyscy leżeli nieprzytomnie na ziemi...

Akar biegł co sił w nogach, czując, że Czarny Mag zdołał zniszczyć iluzję, którą z taką trudnością stworzył. Czuł jednak, że jego wysiłek nie poszedł na marne, i przynajmniej opóźnił nieco pościg, dając jego towarzyszom czas na ucieczkę.
Czarodziej przedzierał się przez gęstwiny, biegł tak, aby jego ucieczka nie zwabiła niebezpieczeństwa na towarzyszy. Biegł na zachód, podczas gdy oni uciekali na południe, aby zmylić pościg.
Nagle, nie wiadomo skąd, dziwne szepty i szumy, niezrozumiałe słowa i dźwięki napełniły jego umysł. Akar stanął, zacisnął powieki i złapał się za głowę. Potrząsał ją, ale dźwięki zabrzmiały ze zdwojoną siłą. Patrzył wokół siebie, by znaleźć źródło przeklętej energii, przez którą nie mógł myśleć, a tym bardziej uciekać. Szum narastał i narastał, aż w końcu stał się krzykiem. Krzykiem, który niespodziewanie wydobył się z jego ust.
Nie czuł nawet, jak spadły na niego ciężkie sznury. Stracił świadomość.

komentarze [1]

>>Tytuł: Gdy diabeł mówi... dzień dobry?!
>>Napisane dnia: czwartek, 27 grudnia 2007
>>O twórczej godzinie: 23:59:36
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Kiedy Akar zakończył zebranie zbliżyła się do niego Inesa, która w czasie spotkania obozowiczów stała na uboczu, czekając na rozwój wydarzeń.
- Czuję wielkie zło, czające się gdzieś blisko... - powiedziała marszcząc brwi.
- A więc nie ty jedna... - Akar westchnął zamykajac oczy i zanurzając się w energii płynącej od natury. Las im sprzyjał, wiedział to. Każdy, najmniejszy szelest liści chciał wyraźnie mu coś powiedzieć...
- Ineso, proszę cię, odpowiedz na zew - powiedział mag otwierając oczy, ale jego słowa były zbyteczne. Elfka siedziała na ziemi, krzyżując nogi i kładąc otwarte dłonie na kolanach. Zielony listek na jej szyi lewitował lekko i błyszczał. Złotowłosa zdawała się być pogrążona we śnie, jej włosy delikatnie unosiły się, tak jak poły koszuli i płaszcza, w które była ubrana. Nagle przerażona otworzyła oczy.
- Ktoś tutaj niedaleko używał czarnej magii, aby wezwać Ciemne Moce do pomocy. Nie mogę rozpoznać twarzy, wiem jednak, że są już blisko! - powiedziała wstając pospiesznie.
- Rowen! - zawołał Akar do rozmawijacego z Cylieą rycerza. Ten podbiegł szybko do maga widząc wyraz jego twarzy. - Natychmiast się zbierajcie. Weźcie tylko najpotrzebniejsze rzeczy i prowiant na kilka najbliższych dni. Inesie udało się złapać kilka koni, zróbcie między nimi nosze i tak przenieście Kaimnira. Inesa was zaprowadzi...
- Co się dzieje? - przerwał mu nagle wojownik. - Dlaczego tak nagle?
- Czas polowania... - szepnęła cicho elfka przerażonym głosem. - Nie ma czasu do stracenia! Rób co mówi, niech wszyscy się pospieszą. Zostawcie namioty, dobytek, weźcie tylko to, co potrzebne! - Rowes nie czekał, aż zakończy mówić, tylko pobiegł do reszty towarzyszy i donośnym głosem oznajmił im to, czego przed chwilą dowiedział się od elfki i maga.
- Co chcesz zrobić? - spytała elfka. Akar uśmiechnął się.
- Przywitać ich... Niespodzianką. - powiedział patrząc elfce w oczy. Zrozumiała. Bez słowa oddaliła się, aby pomóc towarzyszom w ucieczce.

Już kwardans później siódemka kompanów, ubrana w ciemne płaszcze, z Kaimnirem umieszczonym pomiędzy kucem Kalimy, a wierzchowcem maga, opuściła obóz, pozostawiając Akara samemu sobie. Mag jednak nie zamierzał przyjąć gości bez uprzedniego przygotowania się. Podszedł do czterech rogów obozu i w każdym z nich położył mały, bladoniebieski kryształ. Potem stanął na środku obózu, zamknął oczy, uniósł dłonie i pozwolił, aby czysta energia spłynęła z jego serca i umysłu do koniuszków palcy. Poczuł ciepło, jakie rozchodziło się z jego ciała do rąk, które wzrastało z każdą chwilą. Kryształy zaczęły nagle świecić i, z minuty na minutę, rozbłyskiwać coraz większym światłem, aż w końcu cztery lśniące promienie wystrzeliły w stronę maga. Jasnoniebieskie kule, które wytworzyły się między jego palcami nagle rozbłysły jeszcze większym światłem i powiększyły się. Akar skupił calą swoją wolę na jednym zaklęciu, jednej myśli. Poły jego płaszcza uniosły się, wokół jego postaci zaczęły powstawać świetliste kręgi, unoszące się od jego stóp, aż po czubek głowy, by zniknąć zaraz ponad nim. Dziwne wzory, tworzące runicze napisy pojawiły się na ziemi.
Akar otworzył oczy.
- Crystal Vision! - krzyknął nagle. Kule mocy z jego dłoni nagle eksplodowały, ścieląc połać polany, na której znajdował się obóz, błyszczącymi iskrami i ukrywając ją w mlecznej mgle. Trwało to zaledwie chwilę...
Kiedy mgła się podniosła w obozie znów znajdowali się wszyscy towarzysze, zajęci rozmowami, pakowaniem juków, gaszeniem ogniska...

Akar puścił się pędem w stronę, w którą odeszli Inesa i reszta jego kompanów. Miał tylko nadzieję, że uda mu się opóźnić pościg...

Chwilę po tym, jak mag zniknął w gęstwinie lasu, na polanę wjechał ochoczo Czarnym Magz nietoperzem nad głową, ubrana na czarno ciemnowłosa elfka i przezroczysta postać. Mag jednym ruchem różdżki zapalił odzienie Cyliei, która rzuciła sie na ziemię, rozpaczliwie próbując ugasić magiczny ogień.
- Poddaj się, Akar! Może wtedy oszczędzę paru twoich towarzyszy - a ciebie zabiję bezboleśnie!
Akar stanął tuż przed nim rozpościerając groźnie ramiona.
- Czekam! - odparł dumnie na jego słowa. Nagle dał się słyszeć świst i strzała zrzuciła z konia ciemnowłosą elfkę. Padła twardo na ziemię z przebitym ramieniem. Czarny Mag spojrzał uważnie na kierunek lotu strzały, po czym policzył zebranych przed nim uciekinierów.
- Co u diabła... - szepnął pod nosem. Inesa stała tuż przed nim i ona jedyna potrafiła strzelać z łuku...


komentarze [3]

>>Tytuł: Ścigani?
>>Napisane dnia: czwartek, 27 grudnia 2007
>>O twórczej godzinie: 19:51:34
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Przez kilka kolejnych dni Kaimnir nie odzyskiwał przytomności, ale Akar doszedł do wniosku, że nie mogą liczyć na ślepe szczęście i że pościg, który zapewne wyruszył z Reyven, nie natrafi na ich ślady. Wyruszyli więc rankiem, skrupulatnie zacierając za sobą ślady i wysyłając czujki przed i za sobą. Inesa była najlepszą tropicielką, dlatego zawsze szła przodem, wskazując miejsca dogodne do przejścia. Co wieczór, kiedy spotykali się przy ognisku, była dziwnie przybita i zamyślona, a kiedy ktokolwiek z drużyny pytał ją o powód złego humoru uśmiechała się tylko zaprzeczając i mówiąc, że tylko się zamyśliła. Oczy Kalimy widziały jednak coś innego.
Podczas jednego z popasów zatrzymała elfkę, nim ta, po zjedzonym w naprędce posiłku, ruszyła naprzód, w poszukiwaniu bezpiecznej drogi.
- Tak, Kalimo? - spytała elfka, kiedy dziewczynka pociągnęła ją za poły płaszcza, który elfka nosiła, od kiedy zrobiło się chłodno.
- Chcę cię o coś zapytać. To nie zajmie dużo czasu. - odparła widząc, że elfka chce zaoponować.
- Dobrze, słucham.
- Martwisz się bardzo o Kaimnira, prawda? - spytała, nie chcąc owijać w bawełnę.
- Jak każde z nas.
- Ale tylko ty myślisz o nim codziennie, podczas gdy inni starają się być wesoli i beztroscy. - Inesa spojrzała jej w oczy zaskoczona.
- Wydaje ci się...
- Ineso, nie musisz niczego ukrywać przede mną. Ja wszystko widzę. - przerwała jej Kalima z dziwnym błyskiem w oku. Elfka westchnęła.
- No dobrze, martwię się o niego. Prawda jest taka, że jego stan zamiast polepszać, pogarsza się. Nie jestem jednak w stanie mu pomóc, dopóki nie przekroczymy granice Królestwa Czterech Żywiołów.
- Co mu jest?
- Jest opętany przez demona. Tylko moc płynąca z Wiecznej Puszczy może nam wszystkim pomóc go wygonić z ciała Kaimnira. Teraz demon coraz bardziej zawłada jego ciałem, zabijając z każdą chwilą cząstkę jego duszy. Jeżeli całkowicie nią zakładnie nigdy nie uda nam się uratować Kaimnira. Zostanie on ciałem we władaniu demona... - elfka westchnęła ciężko. - W dodatku Akar powiedział mi, że podejrzewa, że pogoń jest kilka mil drogi za nami. Jeśli szybko nie dostaniemy się w królestwie może być ciężko. Naszą jedyną nadzieją jest zgubienie pościgu, w przeciwnym razie nas dogonią. Pamiętasz może, jak dwa dni temu Akar rzucił za nami zaklęcie?
- Tak - Kalima kiwnęła głową.
- To było zaklęcie Magicznej Mgły. Miało uniemożliwić pościgowi odnalezienie naszych śladów. Obawiam się jednak, że na nic zdał się trud Akara. Musimy się spieszyć. Narazie, Kalimo - dodała elfka i pobiegła w gęstwinę lasu.

Następnego wieczora, kiedy większość obozowiczów siedziała wokół ogniska spożywając wieczerzę, z ciemności wyłonił się cień. Powoli i niezauważalnie niczym kocica ruszył on w kierunku pasących się nieopodal koni, przywiązanych do pobliskich drzew. Kilka wierzchowców zarżało cicho czując obecność nieznajomego. Nagle w mroku błysnął srebrny sztylet, konie ze strachu pokładły uszy. Cichy świst... Pierwsza linka puściła, za nią po chwili kolejne, Konie były wolne i rozpierzchły się szybko.
Stojąca obok na czatach Mishadee dostrzegła zaniepokojenie koni i szybko ruszyła w ich stronę.
- Czego tutaj szukasz? - spytała stając nad, niczego nie spodziewającym się, nieznajomym. Ten usniósł głowę i, widząc, że został zdemaskowany, cofnął się i wyprostował.
- Niczego. - odparł szyderczy, kobiecy głos. Smukła dłoń wyprostowała się i rzuciła zaklęcie... Nie dość szybko. Mishadee chwyciła błyskawicznym ruchem sztylet i wbiła go w ciało uciekinierki, która sekundę później rozpłynęła się w powietrzu. O jej ruchach świadczył tylko ruch trawy.
Mishadee padła bezwładna na ziemię i leżała tak chwilę z szeroko otwartymi oczami.
- Tak, pani... - powiedziała minutę później, wstała, schowała sztylet do pochwy i ruszyła w stronę swojego namiotu. Po chwili zniknęła w jego wnętrzu.

Rankiem, kiedy Inesa ruszyła do koni, aby je nakarmić świeżą paszą, z przerażeniem stwierdziła, że koni nie ma, wszystkie uciekły. Po wstępnych oględzinach lin już wiedziała, że ktoś przeciął więzy, konie same ich nie urwały. Ale kto? Po szybko zorganizowanym zebraniu obozowiczów nic nie udało się ustalić. Nikt nikogo nie widział, ani nie słyszał. Nawet Mishadee, która tej nocy miała stać na warcie twierdziła, że było spokojnie i nie wie, jak mogło dojść do czegoś takiego. Wśród uciekinierów podniosły się głosy obwiniające siebie nawzajem.
- Cisza! - krzyknął nagle Akar, stając pomiędzy nimi, - Nie ma innego rozwiązania. Pościg musi być tuż, tuż. - powiedział. Wśród zebranych zaległa głucha cisza.




komentarze [1]

>>Tytuł: Komunikat
>>Napisane dnia: czwartek, 27 grudnia 2007
>>O twórczej godzinie: 14:03:19
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Witajcie!
Mam dla Was, drodzy Czytelnicy, ważny komunikat. Pewnie niewielu z Was wie, że ruszył blog, pisany przeze mnie i mojego szkolnego kolege, który jest uzupełnieniem tego, co dzieje się w Diene Sanarie. Opowieść na tym blogu to dzieje Preshalla - Czarnego Maga ścigającego uciekinierów z miasta - oraz Illien - pół elfki, która mu pomaga. Serdecznie zapraszam na www.blackwizard-halfelfca.mylog.pl
link

MOON LADY ISHNA







komentarze [1]

>>Tytuł: Krzyształki...
>>Napisane dnia: wtorek, 25 grudnia 2007
>>O twórczej godzinie: 18:13:53
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Dziękuję, że czekaliście na notke. Ze tej okazji chciałam także przeprosić Was, za tak długą przerwę w pisaniu. Niestety mam dużo nauki, a komputer ledwie na pare godzin w tygodniu. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
Życzę Wam również Wesołych Świąt. Niech będą rodzinne, ciepłe i prawdziwe. Odpocznijcie i nabierzcie sił, cieszcie się tym spokojem i radością. Niech kolejny rok będzie dla Was pasmem radości i sukcesów.
A teraz notka.



Był chłodny, mglisty, ale słoneczny wieczór, dziwnie wilgotny i senny. Szedł gdzieś, ale sam nie wiedział gdzie, jego stopy szły same, przed siebie, na przeciw czemuś, czemu nie mógł się oprzeć. Czuł wilgoć, miękkość trawy, ostatnie ciepłe promienie słońca po swojej lewej ręce. Nagle coś usłyszał... Plusk wody. Rzeka.
Stanął nagle na wysokim brzegu porośniętym wysokimi trawami, które zasłaniały mu całkowicie widok na szumiący potok wody. Ruszył wzdłuż niego, by znaleźć przejście. Kilkanaście metrów dalej dostrzegł wąską ścieżkę prowadzącą w dół, ku rzece. Ostrożnie zbiegł po ciepłym błocie i stanął na dole, tuż przy wodzie, rozglądając się wokół siebie.
"Nie znajdzie mnie tutaj..." nasunęła mu się nagle do głowy dziwna myśl. Ale kto miał go szukać i dlaczego? Nie pamiętał. Czuł tylko w sobie dziwną świadomość tego, że ktoś go ściga i musi się ukryć, aby przetrwać.
Spojrzał przed siebie i zobaczył dość szeroką górską rzekę, płynącą jednak wolnym, leniwym nurtem, dość płytką a tak przejrzystą, że mógł dostrzec każdy kamyk i ziarenko piasku na jej dnie. Spojrzał w prawo i zobaczył ostre skały, przez które przebijała się woda szybkim, grożnym nurtem, by zwolnić, gdy napotka na płaski, szeroki teren. Po lewej rzeka zakręcała delikatnym łukiem w stronę zachodzącego słońca okrytego woalką mgły, które zdołało jednak roziskrzyć powierzchnię wody tysiącamy kryształków. Po drugiej stronie rzeki dostrzegł wartki potok wpływający do rzeki, otoczony szerokim leśnym pasem i polanę porośniętą gęstą trawą. Drzewa skłaniały swe gałęzie ku wodzie, jakby chciały zanurzyć zmęczone kończyny w jej kryształowym nurcie i odżywić strudzone po wielkim wysiłku.
Nagle dostrzegł, że mimo wszelkiej pewności swej samotności nie jest sam. Po środku nurtu, odwrócony do niego plecami stał ktoś przykryty szarym płaszczem, ze spuszczoną głową. Stał nieruchomo, jakby na coś, lub kogoś czekał. Koniec jego płaszcza zanurzał się w chłodnej wodzie i unosił delikatnie na jej powierzchni, odkrywając raz po raz jasne, nagie stopy, zanurzone po kostki.
Wtem szary ptak zerwał się z gałęzi pobliskiego drzewa z wielkim piskiem. Po jego ciele przeszedł dreszcz, czuł, że na plecach ma gęsią skórkę. Jakby na ten sygnał nieznajomy zrzucił z ramion płaszcz. Szary materiał popłynął z wolna z prądem, a przed jego oczami ukazała się elfka. Ta elfka, ta... tylko skąd ją pamiętał?
Złote włosy delikatni opadające na jasne, kształtne ramiona. Ta giętka szyja, szczupły tułów, kształtne biodra, uda i łydki, te drobne, jasne dłonie, ta postać, od której biło takie ciepło, przez które biło szybciej jego serce... Kim ona jest?
Drobne usta poruszyły się i wydobył się z nich cichy śpiew*. Mimo tego słyszał każde słowo, tak smutne, a jednocześnie tak ciepłe. Nie znał słów, ale znało je jego serce. W jakimż języku były te słowa? Co oznaczały?
Jej dłoń delikatnie uniosła się do góry, twarz podniosła, oczy otworzyły się i spojrzały w błękit nieba. Niemalże widział, jak białe kłęby chmur odbijają się w jej oczach. Śpiewała nadal, ale teraz też... tańczyła. Dłonie unosiły się wdzięcznie, stopy wodziły delikatnie po dnie tworząc na wodzie dziwne kształty, które zaraz niszczył prąd. Jej delikatne, niemal kruche ruchy idealnie komponowały się z jej śpiewem. Kazdy jej ruch, każde drgnięcie mięśnia, nawet wiatr, który poruszał jej włosy zdawał się być jedną misterną całością. Krople wody, niczym błyszczące kryształki wzbijały się nad nią i opadały mieniąc się w promieniach słońca, gdy tylko unosiła którąś z kształtnyhch stóp. Był zapatrzony, zahipnotyzowany.
Wtedy jego źrenice rozszerzyły się ze zdumienia, gdy w promieniach zachodzącego słońca dostrzegł zarys czegoś, czego się nigdy nie spodziewał. Kiedy jej twarz zwróciła się w stronę słońca i stanęła nagle, jakby zachwycona jego ciepłem, coś srebrzystego wyrosło z jej pleców, dwa idealne łuki, tak pięknie mieniące się w blasku...
Słońce zaszło, znikło jego światło. Widział ją nadal, lecz nie błyszczała już tak, jak jeszcze przed chwilą. Stała smutna, lecz wyprostowana. Śpiew zamarł na jej ustach, objęła się własnymi ramionami, jakby chciała się od czegoś osłonić. Wtem złamał niechnący gałązkę, którą trzymał i w ciszy wieczornej rozległ się suchy trzask. Odwróciła się w jego stronę, przerażona.
Złoto-szare oczy przeszyły jego duszę.
Padł na ziemię, czuł, że za chwilę on go odnajdzie... Nie ochroni go nawet ona... Nikt nie może...


- Kaimnirze... - szepnął ktoś, gdzieś z zewnątrz, nie z miejsca, w którym się znajdował. - Obudź się, proszę...
Otworzył oczy i spotkał się ze złoto-szarym spojrzeniem. Uniósł dłoń i dotknął palcami jej twarzy.
- Nie musisz się już bać... - powiedział bardzo słabym głosem. - On nigdy cię nie skrzywdzi. Śpiewaj dalej i bądź wolna, tańcz, proszę, nie giń, nie bój się...
Inesa spojrzała na niego przerażonym wzrokiem.

~~~~~~
*
Piosenka, którą śpiewała



komentarze [1]

>>Tytuł: Mit o Statku Bogów
>>Napisane dnia: wtorek, 28 sierpnia 2007
>>O twórczej godzinie: 16:53:00
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Po niewyjaśnionym incydencie, jaki miał miejsce w lesie, Kaimnir został szybko przeniesiony do namiotu i otoczony troskliwą opieką Akara. Wszystko działo się tak szybko, że nawet Kalima nie mogła nadążyć za następującymi po sobie zdarzeniami. Wszyscy razem - ona, Manolin, Akar, Rowes, Cyliea i Mishadee siedzieli wokół ogniska, rozprawiając o całkiem postronnych rzeczach, śmiejąc się i żartując, by chociać przez krótki czas odwieść myśli od niebezpieczeństwa pogoni, jaka już zapewne została wysłana z Reyven. Zajadali ze smakiem potrawkę z królika, upichconą przez Rowesa i doprawioną przez Cylieę, kiedy nagle, z gęstwiny lasu dały się słyszeć czyjeś szybkie kroki i przyspieszony oddech. Nim wszyscy zdołali odwrócić się w stronę nadbiegającej postaci, spomiędzy drzew wybiegła zdyszana Inesa.
- Akarze! - krzyknęła elfka spoglądając głęboko w oczy czarodziejowi. - Kaimnir... Atak! - powiedziała dysząc ciężko...
Jak na komendę wszyscy wstali od ogniska i ciepłego posiłku, dobry humor ulotnił się jak senna mara, jakiś dziwny popłoch zapanował w obozie drużyny. Akar i Rowes pobiegli za Inesą, Cyliea poczęła nerwowo wyciągać różne medykamenty ze swojej sekretnej, drewnianej skrzynki, a Mangusien usiadłą obok ogniska, wbijając wzrok w ogień i szepcząc jakieś dziwne słowa. Tylka Kalima i Manolin nie wiedzieli co mają robić. Bezradni i zdezorientowani siedzieli przy wejściu do jednego z namiotów, milcząco wyczekując co nastanie.
Kiedy po dwóch kwadransach z lasu wyłonili się Inesa, Rowes i Kaimnir, niesiony na magicznych noszach przez Akara, Kalima aż krzyknęła z przerażenia, tak słabo i blado wyglądał czarodziej. Cyliea i Mangusien poczęły wypytywać Inesę o to, co wydarzyło się w lesie, ale elfka była tak wyczerpana i dziwnie małomówna, że bez słowa wytłumaczenia ruszyła do swojego namiotu. Akar zabronił pytać Inesę o cokolwiek związanego z wydarzeniem w lesie i jakaś nagła groza spadła na drużynę. Kalima wtuliła się w Manolina, szukając w jego cieple bezpieczeństwa.
Było późne popołudnie, kiedy sytuacja się uspokoiła. Ponownie cała drużyna, pozbawiona Kaimnira i Inesy, usiadła wokół ogniska, ale jakoś nikt nie miał nastroju do gaworzenia, ani rozprawiania na temat ostatnich kilku godzin. Każdy siedział cicho, wsłuchany w swoje własne myśli, jakby samotnie zastanawiając się nad celem swego przebywania w tym miejscu, w otoczeniu tych ludzi. Nawet gorąca kolacja, ugotowana w naprędce przez Rowesa nie ożywiła skostniałych umysłów i serc.
Co się stało, że nagle dziwny letarg spadł na cały obóz? Tego nie wiedział nikt.
Słońce poczęło zachodzić, zniżając się nad horyzont, oddając ostatnie promienie ciepła i światła i barwiąc obłoki najpierw złoto, a potem szkarłatnie. Kalima zaczęła przyglądać się formom, jakie przyjmowały obłoki zbijane i rozrywane przez wiatr, pomalowane przez słońce.
- Statek! - krzyknęła zachwyconym, wesołym, jeszcze dziecinnym głosem, rozrywając martwą ciszę i wyciągając drobną dłoń w stronę nieba, na południe. Cztery głowy jednocześnie wzniosły swoje oczy, podążając za kierunkiem, który wskazywał drobny palec dziewczynki.
Wtem wszyscy usłyszeli cichy łopot potrąconego przez czyjś dotyk materiału, a potem ciche, prawie niedosłyszalne kroki bosych stóp na trawie.
Inesa, ubrana w proste, płócienne spodnie i skórzany kartan wyszła nagle z namiotu, w którym znajdowała się od chwili, gdy przyniesiono Kaimnira. Dziwnym wzrokiem wpatrywała się w drobną twarzy Kalimy.
- Gdzie widzisz statek? - spytała dziewczynki, choć wystarczyło, by spojrzała na niebo. Kalima bez słowa wskazała elfce przesuwający się powoli po ciemniejącym nieboskłonie obłok. Inesa spojrzała na niego i uśmiechnęła się wodząc wzrokiem po ułożonym przez chmury, długim na pół niebosłonu statku, smutłym, pozłoconym przez promienie słońca, po dziesiątkach potężnych masztów i wielkich, szkarłatnych żaglach wzdymanych przez wiatr, po złocistym dziobie w kształcie głowy smoka, po setkach wioseł, wystających u jasnych burt...
- Czegoż to natura nie wymyśli, by upiększyć i siebie i świat - powiedziała nagle Cyliea.
- A jeśli to nie jest jedynie ułożony z przypadku kształt okrętu? - spytała nagle tajemniczo elfka. Pięć zdziwionych par oczu natychmiast na nią spojrzały. Inesa uśmiechnęła się łagodnie i usiadła pomiędzy Kalimą a Manolinem.
- Opowiem wam historię Statku Bogów - powiedziała.
- Och, darujmy sobie dziecięce bajeczki - oburzyła się nagle Mangusien wznosząc wymownie oczy do nieba. - Możesz je opowiadać tym dzieciuchom, ale nie nam!
- Wręcz przeciwnie - zaoponował Rowes. - Chętnie posłucham, nie słyszałem jeszcze tej historii, choć zwiedziłem wiele miejsc i nasłuchałem się wielu opowieści.
- Ja już znam tą bajeczkę - mruknął Akar znudzonym wzrokiem i już miał coś dodać, kiedy powstrzymał go piorunujący wzrok elfki.
- Nie sądziłam, że usłyszę takie słowa z ust czarodzieja - powiedziała tylko Inesa i rozpoczęła swoje opowiadanie. - Dawno, dawno temu, kiedy na ziemi nie istniały takie słowa jak wojna, ból, głód i nienawiść, wszystkie rasy stworzone przez bogów żyły ze sobą w zgodzie, wspierając się wzajemnie i wymieniając dobrami. Krasnoludzi zajmowali się wydobywaniem klejnotów, szlachetnych kruszców i skał, elfowie byli ostoją mądrości i rzemiosła, ludzie nieocenionymi drwalami i rolnikami, niziołki sadownikami i plantatorami wielu roślin. Na ziemi panował spokój i harmonia.
W tych pięknych czasach, zapomnianych już prawie zupełnie nawet przez najstarsze istoty, bogowie, którzy stworzyli świat, tak go sobie ukochali, że każdy z nich zamieszkał w jakimś ulubionym przez siebie miejscu, a potem stał się jego patronem. I tak Winder stał się Panem Wichrów, mieszkał więc na najwyższym szczycie ziemskim. Aqueena jako Pani Mórz zamieszkała wśród cudów raf kolarowych w Morzu Spokoju. Assain, Pan Lasów osiadł wewnątrz Szarej Puszczy. Każdy bóg i bożek wybrał swoje miejsce.
Minął czas, a bogowie zrozumieli, że są rozproszeni po całym kontynencie, przez co nie mogą spotykać się na naradach i rozważać nad losami ziemi. Uznali, że jest to zbyt wielka przeszkoda i należy ją usunąć, w przeciwnym razie może stać się coś strasznego. Poprosili więc wszystkie prawe i dobre rasy ziemskie, aby wspólnymi siłami zbudowały dla nich podniebny statek, którym będą mogli wspólnie podróżować i tam decydować o losach kontynentu. Wszystkie prawe rasy odpowiedziały na boskie wezwanie.
Ludzie dostarczyli drewna do budowy statku, a z głębin Szarej Puszczy zdobyli potężne pnie drzew, które później stały się masztami statku. Elfowie, jako najbardziej rozumni i najbardziej przez bogów obdarzeni mądrością stali się architektami i wykonawcami przyszłego okrętu. Krasnoludzi przynieśli najpiękniejsze klejnoty i najcenniejsze kruszce z głębi gór, aby te stały się przyszłą ozdobą i pancerzem statku. Niziołkowie przynieśli wielkie ilości trwałego i lekkiego włókna, które potem przeistoczyły się w żagle. Weksarie zręcznymi palcami utkały płótna na owe żagle, wróżki dodały im magicznych nici. Nawet zwierzęta znosiły dary dla bogów, aby każda istota na ziemi miała swój własny wkład w budowę statku, aby pozostał on znakiem zjednoczenia.
Kiedy statek został już wykończony Winder, Pan Wichrów, usniósł go pod nieboskłon, a Streem, Pan Piorunów, wyrył na jednej z burt nazwy wszystkich ras i istot, które przyczyniły się do stworzenia owego cuda. Przez wieki Statek Bogów żeglował po nieboskłonie, zachwycając swym przepychem i wdziękiem każdego, kto go zobaczył. Złoto-srebrny kadłub, spiżowe maszty, mieniące się wszystkimi kolorami żagle, kryształowy dziób w kształcie głowy smoka i pracujące na okręcie olbrzymy... Cała potęga i piękno świata zostały zawarte w tym tworze.
Niestety, kiedy na kontynencie pojawiło się zło, kiedy ognień i głód zrodziły wojnę, a wojna stworzyła wszelkiego rodzaju broń, kiedy po raz pierwszy została przelana niewinna krew, kiedy pycha i duma owładnęła nawet najszlachetniejszych, statek nagle zniknął. Różnie tłumaczono sobie to zajście. Jedny mówili, że bogowie znienawidzili ziemię i nie zechcieli już na niej mieszkać. Inni, że to potęgująca nienawiść między rasami sprawiła, że twór, który symbolizował zjednoczenie rozpadł się bezpowrotnie. Jednakże czasami, tak jak dzisiaj, z chmur powstaje coś, co przypomina legendarny Statek Bogów i niejeden ma nadzieję, że bogowie powrócą i pomogą przywrócić ład i spokój.
Głos elfki umilkł, lecz nikt się nie odezwał, jakby każdy w duszy analizował słowa Inesy. O dziwo, nawet Mangusien w połowie opowiadania przestała udawać, że w ogóle ją ono nie interesuje i spoglądała uważnie w twarz elfki. Akar również wysłuchał jej z największa uwagą.
- Po twojej opowieści śmiem twierdzić, że w ogóle jej nie znałem. - powiedział czarodziej, skinąwszy głową w stronę elfki. Ta odwzajemniła jego gest.
- Nic dziwnego Akarze, słyszałeś zapewne tylko część opowieści, której całość znają jedynie najstarsi elfowie. - odparła Inesa po czym bez słowa wyjaśnienia wstała i udała się do namiotu Kaimnira.
"Ty także uważasz, że tylko zjednoczeni możemy czegoś dowieść światu?" wysłał jej przez umysł pytanie. Inesa uśmiechnęła się do siebie i odwróciła na chwilę w stronę maga.
"Owszem odparła. Jednakże teraz czas zjednoczyć siły, by uratować pewne istnienie
Akar uśmiechnął się w duchu. Już rozumiał po co elfka opowiedziałą historię o Statku Bogów.
"O tak, tylko zjednoczeni..." pomyślał.

komentarze [6]

>>Tytuł: Pierwszy atak zza podświadomości
>>Napisane dnia: sobota, 5 maja 2007
>>O twórczej godzinie: 19:27:18
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Kaimnir ocnkął się nagle w śpiworze, tknięty jakimś dziwnym przeczuciem, że jeśli za chwile się nie obudzi, to ominie go coś bardzo ważnego. Spojrzał nad siebie, na sufit namiotu z ciemnozielonego materiału i starał się przypomnieć sobie, o czym przed chwilą śnił, ale wszelkie próby kończyły się tylko, powracającym ze zdwojoną siłą, bólem głowy.
- A co mi tam – powiedział do siebie mag i powoli wyczołgał się ze śpiwora. Miał dość tkwienia w pustym miejscu, bez towarzystwa i jakiegokolwiek zajęcia. Poza tym czuł się już na tyle silny, że bez obaw wyszedł wyprostowany z namiotu, wciągając głośno zapach popołudniowego powietrza.
Nie chciał spotkać nikogo w obozie, obawiając się, że wyślą go spowrotem do łóżka, więc cofnął się szybko do lasu, chcąc jak najszybciej ukryć się przed wzrokiem przyjaciół i nowych towarzyszy, których jeszcze nawet nie poznał.
Nogi same niosły go przed siebie, przemierzał las, powoli zaścielający się złocistymi i szkarłatnymi liśćmi opadającymi z drzew. Nagle zaczęło go cieszyć słońce, widok tylu barw, świeżość powietrza i delikatne muskanie wiatru. Nie wiedział czemu, ale nagle bardzo mocno poczuł, że żyje, że isnieje i to istnienie pierwszy raz od wielu lat przestało oznaczać dla niego udrękę…
- Inesa… - szepnął zupełnie nieświadomie, a na dźwięk tego imienia wszystko wokół nagle ściemniało, poszarzało i ucichło. Rozglądnął się wokół siebie zaskoczony, szukając przyczyny.
- Nie powtarzaj tego przeklętego imienia! – krzyknął męski, ostry głos, całkiem blisko niego. Mag zaczął się wokół siebie rozglądać, szukając osoby, która przemówiła, ale wokół siebie widział tylko drzewa i przebijające się przez rozrzedzone korony drzew, skrawki nieba. Zmarszczył brwi i wzmógł czujność czując, że gdzieś bardzo blisko czai się coś niedobrego…
- Gdzie jesteś? – spytał nasłuchując jakiegokolwiek szmeru i wpatrując się w korony drzew, szukając najmniejszego ruchu…
- Nie szukaj, nie znajdziesz – ozwał się szyderczy głos, a po nim głośny śmiech. Wszystko to zdało się Kaimnirowi być jakieś dziwnie znajome.
- Możesz się rozglądać ile chcesz, magu. – dodał po chwili ten sam głos. Kaimnir nie wiedział dlaczego, ale nagle poczuł wielki strach, a serce zaczęło mu mocniej bić. – Czyżby obleciał cię strach, magu? Nie pamiętasz, jak skończyła się nasza ostatnia walka?
- Co? O czym ty mówisz? – mag nie krył szczerego zdziwienia. – Jaka walka?
- Za pierwszym razem nie udało mi się ciebie zabić, ale teraz nie pomoże ci żadna pieprzona elfka! – krzyknął nieznajomy. Kaimnir poczuł nagle jakby obecność kogoś innego w swoim ciele i, co gorsza, ten ktoś zaczął panować nad jego ciałem i czarodziej padł na kolana, a potem na twarz, ździerając sobie skórę z policzka do krwi. Próbował na powrót zawładnąć nad swoim ciałem, ale każda próba kończyła się bolesnym wykręceniem rąk.
- Nie walcz ze mną, jesteś za słaby dla Mrocznego Elfa… - ozwał się ostry głos i wtedy mag zdał sobie sprawę z tego, że to z jego ust wydobywają się te słowa…
„Na bogów, niech mi ktoś pomoże!” – pomyślał czarodziej, nie mogąc krzyczeć.
- Teraz jesteś bezbronny, już żadna kurwia elfka ci nie pomoże, choćbyś bardzo tego chciał! Już ja się o to postaram! Zobaczysz, jak bolesna będzie moja zemsta, jak to boli, kiedy sam siebie zabijasz, łamiesz sobie kości, wyrywasz stawy… - przerwał na chwilę i Kaimnir poczuł, jak jego palec wskazujący lewej ręki zaczyna się coraz mocniej wyginać do tyłu. Do oczu napłynęły mu łzy.
- Ach, bolesne… Czujesz ból, a więc żyjesz, magu. Jeszcze… - znów się zaśmiał demonicznie, ale wnet przerwał i tym razem to on zaczął krzyczeć w bólu.
- Zostaw mnie ty kurwo! Zostaw! Odejdź…!
- Tylko wtedy, kiedy ty odejdziesz – Kaimnir usłyszał łagodny, mistyczny, kobiecy głos, a wokół siebie jasną poświatę.
- Wrócę…! – krzyk elfa stawał się coraz bardziej stłumiony i odległy, aż w końcu zupełnie ucichł.
Czarodziej padł bezwładnie na wyścieloną liśćmi ziemię i zaczął ciężko dyszeć. Niemal każda część jego ciała bolała go nieznośnie i czuł, że jeśli się choć trochę poruszy, całe jego ciało zacznie po prostu płonąć z bólu.
Poświata zgasła tak szybko, jak się pojawiła, a po chwili Kaimnir usłyszał lekkie, ledwie dosłyszalne szelesty liści na ściółce, łamanych pod ciężarem czyiś stóp.
- Leż spokojnie – szepnął cichy, znajomy głos elfki. – Zaraz kogoś sprowadzę – dodała zawieszając mu na szyi swój medalik. – To cię ochroni – powiedziała po chwili elfka, jakby przeczuwała, że chce o to zapytać. Potem usłyszał tylko szybko oddalające się kroki i zapadła ciemność. Poczuł, że tylko w niej może zostać pozbawiony cierpienia…



komentarze [15]

>>Tytuł: Niepokoje serc
>>Napisane dnia: poniedziałek, 23 kwietnia 2007
>>O twórczej godzinie: 21:31:20
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Chłód poranka powoli ogrzały nieśmiałe promienie jesiennego słońca, wzbijając w górę lekką woalkę mgły i wypijając z liści traw, drzew i krzewów poranną rosę. W obozie było jednak cicho i dziwnie pusto…
Kaimnir leżał w jednym z namiotów, gdzie w cieple i spokoju mógł zapaść w leczniczy sen. Kalima i Manolin wybrali się wraz z Rowesem wybrali się do lasu, aby uzbierać trochę jeżyn i grzybów na obiad i suchego drewna na opał. Dwie nowe towarzyszki grupy pojechały na polowanie, a Akar pozostał sam z chorym Kaimnirem w obozie.
A gdzież była Inesa?
Elfka przechadzała się samotnie po skałach w lesie, zwinnie wspinając się po najstromszych z nich, aż w końcu, znalazwszy wysoką skałę, wystrzeliwującą wysoko ponad ściółkę leśną, osłoniętą z każdej strony koronami drzew, usiadła na miękkim mchu i zamknęła oczy, próbując uspokoić nerwy…
- Tak, pani, kazałaś mi ich bronić, ale ja chyba okazałam się bezużyteczna… - wyszeptała cicho po elficku. – Pani… zawiodłam, lecz wiem, że teraz nie wolno mi porzucić to zadanie… - zielony listek na jej szyi zabłysł kilka razy… Lecz nie od promieni słonecznych…
- Rozumiem – szepnęła Inesa otwierając oczy. – Ale czy na pewno cię nie zawiodłam? – kolejny błysk…
- Tak, pani… Obiecuję. – błysk. – Już nigdy cię nie zawiodę. – znów błysk. – Wiem, że nie mogę się obwiniać… Rozumiem. Dziękuję… - Inesa wstała spoglądając na pędzące po niebie szarobure chmury i uśmiechając się lekko, jakby spadł jej z serca bardzo ciężki kamień. Po chwili znów usiadła na mchu zanurzając się w medytacji… Jej ciało stawało się coraz lżejsze aż w końcu zdało się samo unosić w powietrzu…
Puste myśli, czyste serce…

- Jak myślisz, co się stało z Kaimnirem? – spytała Kalima po raz setny. Manolin wzruszył tylko ramionami spoglądając wyczekująco na Rowesa, który wiązał właśnie mocnym powrozem spory stos suchych gałęzi.
- O, mnie o nic nie pytaj, nie znam się na magii – powiedział mężczyzna widząc spojrzenie, jakim obdarzył go chłopiec.
- Więc to jednak obrażenie magiczne? – spytała dziewczynka. Rowes kiwnął głową.
- Nic innego jak magia nie spowodowałoby tak długiej śpiączki i leczenia – powiedział mężczyzna. – Poza tym przestańcie już o tym myśleć i skupcie się na zbieraniu grzybów. Jestem pewien, że Inesa sama nam wkrótce wszystko wyjaśni.
- Dlaczego nie zrobiła tego już teraz? – zapytał Manolin.
- Sądze… jestem pewien, że ona najpierw chce porozmawiać z Kaimnirem – odparł Rowes. Wszyscy umilkli zajmując się swoją pracą. Kalima zbierała z dorodnego krzewu ciemnogranatowe jeżyny, uważając przy tym, aby nie skaleczyć się jej ostrymi cierniami, Manolin spacerował, pracowicie zbierając jadalne grzyby, a Rowes szukał gałęzi na ognisko.
- Manolinie – Kalima nagle przerwała swoje zajęcie spoglądając na chłopca, klęczącego kilkanaście stóp od niej. Gdy tylko wypowiedziała jego imię chłopak odwrócił się w jej stronę.
- Pójdziesz ze mną do strumienia? Muszę umyć ręce – powiedziała dziewczynka, gdy Manolin już miał spytać, o co chodzi.
- Dobrze – odparł chłopak patrząc na Rowesa, który skinął tylko głową.
- Tylko wróćcie szybko – powiedział mężczyzna.

Szli powoli, milcząc i patrząc jedynie na swoje stopy.
- O co chodzi? – spytał Manolin spoglądając na dziewczynkę. Kalima uśmiechnęła się lekko.
- Chciałam tylko wiedzieć, czy ty… czy zamierzasz wrócić do Kieremiego… - powiedziała nieśmiało zarumieniając się.
- Nie teraz – powiedział chłopiec. – Sam nie jestem w stanie wrócić, a i tak muszę z wami uciekać. Akar wysłał już do Kieremiego list, że nie będę mógł wrócić… Przez długi czas… - Kalima wyglądała na ucieszoną tą wiadomością.
- Dlaczego pytasz? – spytał Manolin stając przed dziewczyną i spoglądając na nią. Kalima spuściła głowę, ale nic nie odpowiedziała.
- Kalima? – Manolin klęknął przed nią i spojrzał na jej twarz. Dziewczynka miała oczy zamknięte a pięści zaciśnięte. Otworzył usta ze zdziwienia, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że dziewczyna się trzęsie, a spod jej długich rzęs spływają powoli kryształowe łzy.
- Kalima… - szepnął wstając i delikatnie chwytając ją za dłonie. – Przecież cię nie zostawię – powiedział. – Nie chcę cię zostawić, przecież wiesz…. – nim zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, Kalima przytuliła się mocną do niego, szukając w nim ciepła i oparcia. Manolin pogładził ją lekko po głowie.
- Nie odchodź… - szepnęła dziewczynka…
- Nie odejdę – szepnął jej do ucha czując, że robi coś szalonego.

Tymczasem z drzewa spoglądała na nich wysmukła postać – Inesa. Uśmiechnęła się delikatnie czująć spokój w duszy widząc, jak tych dwoje…
Weschnęła głośno spoglądając na słońce, nabierające mocy i wyrzucające z siebie coraz więcej ciepła. Nie wiedzieć czemu nagle poczuła drobny niepokój w sercu, dziwne przeczucie, które sprawiło, że straciła chwilową równowagę w swoim wnętrzu.
- Zbliża się zło… - szepnęła i zadrżała, jakby bała się własnych słów. Przez jej umysł przeleciał szybki obraz pędzącego na smolistym koniu czarnego jeźdźca… Żądnego zemsty i krwi…
- Kiedy to się wreszcie skończy? – szepnęła do siebie elfka z łatwością przeskakując na gałąź kolejnego drzewa, niknąc szybko wśród gęstwiny liści.




komentarze [2]

>>Tytuł: Przebudzenie
>>Napisane dnia: sobota, 27 stycznia 2007
>>O twórczej godzinie: 23:21:18
>>Przez: MOON LADY ISHNA


PRZECZYTAJ HISTORIĘ WROGÓW DRUŻYNY


Do świadomości przywiódł go powoli zapach wilgotnej ziemi i szorstiego koca na plecach. Z całą pewnością był pewien, że żyje, bo pieczenie wzdłuż jego pleców i nieprzyjemny ból w kącikach ust i podan prawym okiem były zbyt rzeczywiste. Powoli uciążliwy szum w jego uszach zaczął zanikać i usłyszał szum pobliskiego potoku i szept bliskiej rozmowy. Mimo uciążliwych prób nie potrafił przypomnieć sobie, co się z nim stało i w jaki sposób znalazł się w tym miejscu. Nie był nawet w stanie znaleźć w sobie dość siły, aby otworzyć oczy, czuł, jakby jego powieki były z żelaza. Jakby uleciała z niego cała energia, którą dała mu…
Inesa!
Wystarczyło, aby to jedno imię przebiegło przez jego myśli jak błyskawica, a natychmiast poruszył się i otworzył oczy,a do umysłu napłynęły mgliste wspomnienia. Uciekali, był pewien, że przez długi czas brodzili po kostki w wodzie, zwodząc zaalarmowanych, jakimś cudem, strażników. Pamiętał, że w końcu dotarli do liny, po której zsunęła się do lochów elfka, ale Kaimnir czuł wtedy, że energia, którą go obdarowała Inesa, zaczyna się kończyć i nie był w stanie się podciągnąć. Ale Inesa nie poddała się – wykorzystując ostatnie rezerwy, i tak już nadwyrężonej, siły była w stanie wciągnąć go na górę. Przed utratą przytomności pamiętał tylko wielką jasność i bicie dzwonów alarmowych…
- Ines… - szepnął słabo, bojąc się, że jego przeczucia się sprawdziły…
- Kaimnirze? Słyszysz mnie? – usłyszał nad sobą znajomy głos. Otworzył oczy uświadamiając sobie, że leży na brzuchu i zobaczył obok siebie nogi klęczącej postaci. Uniósł z trudnością wzrok i spojrzał w twarz kilkunastoletniej dziewczynce o szmaragdowych oczach i ciasno związanych, blond kręconych włosach.
- Kalima… - powiedział cicho po chwili. Dziewczynka uśmiechnęła się delikatnie i kiwnęła głową.
- Co się działo? – spytał czarodziej zmęczony pustką w głowie, którą zbyt szybko zaczynały wypełniać utracone wspomnienia.
- Leży pan tutaj już od tygodnia. – powiedziała Kalima poprawiając delikatnie koce. – Naszczęście rany goją się prawidłowo i Akar mówi, że już wkrótce będzie pan całkowicie zdrowy. – dodała uśmiechając się ponownie.
- Tydzień? – czarodziej zmarszczył brwi. – Aż tydzień?
- Obrażenia magiczne są niebezpieczne. – powiedziała dziewczynka.
- Ale przecież ja… byłem pobity… - mag zacisnął zęby przypominając sobie okropny ból rozrywanego przez metalowe końcówkie bicza, ciała.
- Akar panu to wyjaśni – odparła na jego słowa Kalima wzruszając tylko ramionami i wstając. – Za chwilę wróce – dodała pospiesznie oddalając się.
- A co z Inesą? – zapytał jeszcze mag, ale nie uzyskał odpowiedzi. Pozostawiony samemu sobie szukał całą swoją wolą jakiegoś śladu, poszlaki, która pomogłaby mu odczuć, że Inesa jednak żyje… Lecz kiedy coraz bardziej zatapiał się w swój umysł, coraz bardziej czuł tylko czerń i mrok otoczający elfkę… I chłód. Żadnego oddechu, uderzenia serca… Chłód i mrok…
”Nie…” - pomyślał, chowając twarz w dłoniach i czując na policzach wilgoć. - ”To moja wina… Gdybym nie dał się tak łatwo złapać, gdybym nie popełnił tak prostego błędu… Głupiec ze mnie… Miałem ją chronić… Chronić…”
- I chronisz…
Kaimnir otworzył szeroko oczy ze zdumienia i gwałtownie podniósł się ze swojego posłania, nie zważając w ogóle na palący ból wzdłuż pleców. Inesa stała tuż przed nim, lekko pobladła i mizerna, z ciemniejszymi łukami pod oczami i pozbawionymi blasku oczami i włosami. Obcisły, szary gorset, skórzana spódnica z metalowimi ćwiekami i wysokie, wiązane rzemieniami buty z tegoż samego materiału dziwnie uwidaczniały szczupłość jej ciała. Na ramiona miała zarzucony zielony, wełniany sweter, zapięty pod szyją.
- Żyjesz… - szepnął Kaimnir próbując wstać, ale Inesa powstrzymała go podchodząc do niego i kładąc mu chłodne dłonie na ramionach.
- Połóż się – powiedziała spokojnie, choć czuł w jej głosie lekkie drżenie. Kaimnir położył się posłusznie, chwytając delikatnie dłoń elfki.
- Nic ci nie jest? – spytał patrząc jej uważnie w oczy. Inesa uśmiechnęła się lekko.
- Na pewno nic mi nie będzie. – powiedziała siadając obok niego. – Z gorszych rzeczy wychodziłam w swoim życiu.
- Ale nigdy używając tyle energii. – odparł na jej słowa czarodziej. W odpowiedzi elfka kiwnęła tylko głową i spojrzała gdzieś w bok. – Jak ci się odwdzięczę? – spytał Kaimnir.
- Już nie raz to zrobiłeś, wierz mi. – powiedziała elfka spoglądając mu w oczy swym hipnotycznym wejrzeniem.
- Wiesz, co się stało? – spytał mag. Inesa uśmiechnęła się lekko.
- Wiem, ale o tym później. Teraz odpoczywaj. – powiedziała.
- Już dość odpoczywałem. Leżenie przez tydzień to wystarczająco dużo. – zaprotestował czarodziej. Elfka nagle posmutniała i pokręciła przecząco głową.
- Nie… to stanowczo za mało. Wierz mi, młody czarodzieju… - powiedziała po chwili zdławionym dziwnie głosem i oddaliła się szybko…


- Co z nim? – spytał Akar, zanim jeszcze Kalima zdołała do niego dobiec.
- Obudził się! – wykrzyknęła radośnie dziewczynka. Czarodziej westchnął ciężko.
- Nareszcie… - powiedział. - Już obawiałem się, że jeśli jego śpiączka potrwa zbyt długo…
- Akarze, jak zwykle za bardzo się wszystkim przejmujesz – odezwała się obca postać, siedząca z magiem przy ognisku. Był to mężczyzna, potężnej postury, dobrze zbudowany i wysoki, o nieco kanciastej, topornej twarzy oszpeconaj kilkoma bliznami. Jego brodę i policzki przykrywał kilkudniowy zarost, który wraz z krzaczastymi, ciemnymi brwiami i krótkimi, ciemnokasztanowymi włosami w nieładzie dopełniał jego wygląd człowieka nieco zdziczałego. Wystarczyło jednak przez chwile spojrzeć w mądre, błyszczące piwne oczy właściciela tej twarzy, aby spostrzec, że wygląd to nie wszystko.
Mężczyzna ubrany był w podróżny strój wojownika – skórzane, wiązane buty, długie, płócienne spodnie, lekką koszulę i włożoną nań futrzaną kamizelkę i rękawice bez palcy ze płowej skóry królika. U szerokiego, grubego pasa przypiętą miał długą pochwę z potężnym, dwuręcznym mieczem.
- Rowes, widziałeś jak wyglądał, kiedy Inesa go tutaj przyniosła… - zaczął Akar.
- Owszem, widziałem. Widziałem też wspaniałego medyka jakim jesteś ty i jeszcze wspanialszą zielarkę i znawczynię magicznych sztuczek jaką jest ta elfka – przerwał mu mężczyzna. – Twój przyjaciel jest silny, widziałem to w jego twarzy. – Czarodziej kiwnął tylko nieznacznie głową.
- Tyle się ostatnio działo… - powiedział do siebie. – Czy Cyliea wróciła już ze zwiadu? – spytał po chwili.
- Nie, nie spodziewałbym się jej przez najbliższą godzinę, wiesz jak ona uwielbia chodzić po lasach…
- Jest druidką, to zrozumiałe. – Akar uśmiechnął się. Rowes skrzywił się sceptycznie i wzruszył ramionami.
- Zrozumiałe, niezrozumiałe… Dla mnie głupie. – odpowiedział.
- Idę do Manolina – oświadczyła nadle Kalima widząc, jak chłopak wychodzi z gęstwiny lasu z pękiem gałęzi i kieruje się do drugiego ogniska, ukrytego nieco za drzewami, gdzie stały również dwa namioty.
- Idź, idź – powiedział na jej słowa Akar.
- Tylko niczego nie zmastrujcie – dodał Rowes, puszczając do dziewczynki oko, co ona skwitowała głośnym śmiechem.
Akar pogrążył się w swoich myślach. Minął już ponad tydzień od kiedy on, Kalima, Manolin i ich trzech nowych towarzyszy obozowali na ukrytej w puszczy polany, po ucieczce przed królewskim pościgiem. Akar wiedział, że nie chodzi im ani o Kalimę, ani też o nielegalną ucieczkę z miasta, ale właśnie o niego – poszukiwanego królewskimi listami zdrajcę… Posądzonego jednak zupełnie niesłusznie.
Czarodziej nie był pewien, czy zdołali skutecznie zgubić pościg, ale stan Kaimnira, gdy ten został przyniesiony do ich obozu przez Inesę (Akar wciąż zastanawiał się, jakim cudem elfce udało się odnaleźć ich doskonale ukryty obóz), nie pozwalał im na kontynuowanie podróży. Teraz jednak cudem ocalały czarodziej dochodził do siebie i każdy dzień zwłoki mógł ich drogo kosztować. Postanowił więc…
- Pojutrze musimy ruszać w dalszą drogę – powiedział do siedzącego przy nim wojownika. – Nie możemy już dłużej zwlekać z dalszą drogą. Jeśli wszystko dobrze pójdzie już za dwa, może trzy tygodnie znajdziemy się poza granicami Eagleenes, a wtedy będziemy bezpieczni…
- W kraju elfów? – spytał Rowes. – Jesteś pewien?
- Nie mam innego wyjścia. – odparł Akar wzdychając ciężko. – Być może elfy nawet nie zauważą naszego wtargnięcia, może uznają, że omyłkowo wkroczyliśmy na ich ziemię…
- Ooo, na to nie licz – przerwał mu wojownik. – Elfy nie są głupie mój drogi przyjacielu, tego jestem pewien. I ty również powinieneś to wiedzieć, nie wpajano ci przecież nienawiści do elfów tak, jak twojemu przyjacielowi…
- Co i tak na nic się zdało – odparł na jego słowa czarodziej patrząc w stronę, gdzie obok leżącego Kaimnira klęczała Inesa.
- Być może tak właśnie miało być… - westchnął Rowes.
- Być może… - odparł Akar.



komentarze [15]

Księga Gości

O mnie



Dodaj do ulubionych

Przeszłość

2004
październik (8)
listopad (10)
grudzień (8)

2005
styczeń (4)
luty (6)
marzec (1)
kwiecień (4)
maj (6)
czerwiec (3)
lipiec (4)
sierpien (2)
wrzesień (1)
listopad (1)
grudzień (2)

2006
styczeń (2)
luty (1)
kwiecień (3)
czerwiec (3)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
grudzień (2)

2007
styczeń (1)
kwiecień (1)
maj (1)
sierpien (1)
grudzień (4)

2008
styczeń (2)
luty (1)
marzec (2)
czerwiec (1)
sierpien (1)


Rozdziały

1. Początek
2. Nieznajomy
3. A oto i on
4. W drogę!
5. Koszmar
6. Puszcza
7. Sprawa Dziecka Losu
8. Przestroga nimfy
9. Zakrwawiony miecz
10. Magia nie zawsze zatrzyma
11. Pomoc
12. Opuszczając świat żywych
13. Czasem trzeba potrzafić odejść
14. Ktoś tu był
15. Załamanie pogody
16. Rozmowa
17. Kłótnia
18. Brak zrozumienia
19. Utrata
20. Zemsta czarodzieja
21. Cud
22. Niepokój
23. Sen czy jawa?
24. Niespodziewane spotkanie
25. Przemiana
26. W mglistym świetle
27. Mały wykład o elfach
28. Dotarli!
29. Połączone istnienia
30. Wspomnienie
31. Przyrzeczenia rzucane na wiatr?
32. Czyżby ktoś się zakochał w Kalimce?
33. Przyłapani?
34. Niebezpieczny intruz
35. Oskarżenia
36. Trudy dorastania
37. Radość
38. Wycieczka
39. Intruz się ujawnia
40. Brak nadziei?
41. Śmierć czarodzieja
42. Zemsta dziewczynki
43. Cuda się zdarzają?
44. Powróci?
45. Pobudka!
46. Hipnoza
47. Wina
48. Reyven
49. Przyjaciel
50. Gwałt
51. Spotkanie
52. Wyznanie
53. Ozdrowienie
54. Rozmowa
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik
paĽdziernik

Odwiedzam

Fantasy

Anioł Oceanu
Prześliczne grafiki


Prawdziwe...

Pamiętnik mojej siostry
Moje życie...
Dowiedz się czegoś o mni...
Dowiedz się czegoś o mnie


Śmieszne

Numa numa!
Sexy Snape
Dumbledore...
Sekretne pamiętniki członków Drużyny Pierścienia
Severus


Tam prowadzą moje ścieżki...

Co wiesz o mojej opowieści?
Dom Elronda...
Ostatni przyjazny Dom...
Piękna muzyka, cudowne szablony...


Do posłuchania

Piesek
Dub! Dub! Dub!
Bundz

Zasłużyli

cannot-be-perfectother-lightdark-nightwerinight-and-rain

Należę


Tam jestem

Magiczne Miejsca



Oceniają

Opowiadania Fantasy

Księżycowe Oceny






Tylu () było tu gości

layout >> devoted
photo >> hoshinavi
contents >> ishna-elfka